O drogo nasza! O »drogo Legionów«
przez krwawe tęsknot rzucona bezdroże!
Wężem idąca wśród śmierci zagonów
w one dalekie za górami zorze,
gdy krzyk się z piersi wyrywał jedyny:
»Do polskiej ziemi! Do polskiej krainy!«
O góro, góro drzewami szumiąca
jakże nam twoje dłużyły się stoki!
Omdlenie stopę o kamień potrąca,
a szybsze coraz stawają się kroki —
iż rzucasz ziemie dalekie i obce,
a tam — graniczne gdzieś na szczytach kopce!...
Ponad przepastne wieszając się jary
szliśmy drzew zwartych nieprzebytą gęstwą...
Znał trudy nasze odwieczny las stary,
i naszych siekier niestrudzone męstwo —
Ławą się drzewa waliły i kłody
pod juczne mnogich taborów pochody!
Bies tam nad nami w czarne huczał noce,
burzą nawałnic idący nam w tropy...
Pracę rąk wielu łamały złe moce,
mosty jesienne zrywały roztopy, —
woda sosnowych pniów zmywała dyle,
mierzwiła ruszty, jak zeschłe badyle...
Aż się nas uląkł Zły — i ściszył burze...
Tedy się szronem stężyła wraz droga —
a nieprzerwanym już sznurem ku górze
szły wciąż tabory, które męka sroga
dyszących koni na strome zakręty
parła, przez szlak ten oślizły i kręty..
Co dnia tam końskie mnożyły się padła,
rychło szkieletem żółtawym świecące —
Nad niemi kruków upiorne wahadła
czarnemi skrzydły w powietrzu drgające,
lub ówdzie — wozów połamane gnaty —
znaczyły drogę — tej polskiej krucyaty...
Chwilo pamiętna! Rzewna nieskończenie —
gdyśmy raz pierwszy stanęli na szczycie!
Snem się nam zdały graniczne kamienie,
snem chmurki białe na niebios błękicie,
snem ustawione przy kopcu armaty,
lśniące tryumfem — zwycięskiej krucyaty!
Coś — ci się mieni w oczach — mgła jakowaś...
rzewność cię bierze niemęska i słaba, —
że wnet Ojcze — nasz odmawiasz i Zdrowaś —
i — gdyby nie wstyd — ⟨żeś »żołnierz — nie baba«⟩,
przypadłbyś z płaczem do ziemi tej łona:
O ziemio, ziemio! Ty ziemio rodzona!...
Jako lawina — co śniegu kruszyną
z gór lecąc, rośnie w żywiołu potęgę, —
tak pułki nasze ze szczytów w dół spłyną
z pieśnią na ustach — na onych pól wstęgę —
rosnąc w zapału lot i w ducha moce, —
ów pęd — co wszelkie zapory druzgoce!...
Wróg, — co tam na nas czatował już w dole,
jął pierzchać zdala, jak stado płochliwe
trwożnych gazeli, już nasze patrole
szczuły — w pościgu swym nieustępliwe
jak psa, co z rzadka się tylko odszczeka,
gdy ujrzy zwierza srogiego zdaleka!
··················
O góro, góro — ileż jeszcze razy
mieliśmy ciebie przemierzyć krokami!
Gdy zmienne losów wojennych rozkazy
zawieją gromów huczały nad nami —
gdy na wstecz były pochody zwrócone,
a serca — w tam tą zaklęte wciąż stronę!
Gdy mołotkowskie owe przyszły boje,
gdzie wróg przemożną otoczył nas siłą,
znowuśmy leśne miewali postoje
nad twoich grzbietów pozębioną piłą,
znów biorąc w siebie moce lawinowe
na boje nowe — na zwycięstwa nowe!
...Zima nadeszła — i śnieżne zawieje
wieszały białe po stokach całuny...
Od sinych Karpat wiatr mroźny powieje,
i w drzew napięte uderza wciąż struny —
Las się nam kłania wiechami białemi
i puchy miękie rozściela po ziemi...
— A potem mrozów chwyciły nas kleszcze,
iż marzły warty w odległym parowie...
Śmiertelnych chłodów szły po ludziach dreszcze
i białych grobów urosło wnet mrowie —
sosnowym krzyżem mogiłki znaczone,
twarzami — w tam tą zaklęte wciąż stronę! —
O góro, góro! Stawałaś nad nami
w snach — do białego podobna upiora!
Straż przed onemi sprawując bramami,
za które dusza ulatuje skora...
Byłaś nam strzygą upiorną — i zmorą —
w snach wyobraźnię nawiedzając chorą!...
...A drogą szły precz z amunicyą juki,
iż bój trwał wieczny w Zielonej okopach...
Ciągły tam łomot słyszałeś i stuki
ciał, spadających po oślizłych słupach —
koni i wozów druzgotanych jęki —
żeś zwracał oczy — od krwawej tej męki!
Powrotnym szlakiem szły rannych transporty,
których śmierć w białe nie przyjęła wrota...
Znał wróg nasz opór, i — »sieryje czorty«
zwały nas Mochy, — więc to nie dziwota,
że wóz szpitalny wciąż skrzypi na drodze, —
że tam — bez jęku — człowiek cierpi srodze!...
Nieraz w noc ciemną — na leśnem pustkowiu,
gdy wichr nad wozem wydziwia swe harce —
przy wilczych ślepiów dalekiej latarce
ranny krzyż dojrzy — w mogiłki wezgłowiu...
więc siną ręką znak radosny czyni:
»bądź pozdrowiony... bracie... na pustyni!«
I śmielej w niebo spogląda znów potem —
i śle modlitwę przez szklane źrenice
za tych, co padli tam wspólnym pokotem
przy »kulomiotów« dalekiej muzyce —
za Polskę — siebie — za żywych w obozie —
i lżej mu — zdala — umierać na mrozie...
··················
Na szczycie góry krzyż stoi wyniosły —
Golgoty naszej korona cierniowa...
Ręce żołnierzy nabożnie go w zniosły...
bagnetem ryte wyczytasz tam słowa:
...»szliśmy przez góry, przez rzeki i wały
»do Ciebie Polsko i dla Twojej chwały!«
I jest symbolensymbolem ten krzyż — świętej Sprawy,
co weszła z nami w te góry i lasy —
szczytowym znakiem wielkiej Czynów nawy,
czynów, — co ponad przestrzenie i czasy,
przez sine morza — i przez Alp krawędzie
żywiły Polskę — i niosły ją wszędzie!...
...Pomniku — wyższy nad piramid czoła!...
...tak zadumany nad nami wysoko...
Tyś patrzał na nas — jak Stróża Anioła
orędownicze — opiekuńcze oko —
Ty będziesz świadczyć o nas — w przyszłe wieki —
pielgrzymko synów naszych w czas daleki!
Pod krzyżem stoi warta... Czasem w nocy,
gdy gwiazdy wzejdą na niebieskiej błoni —
żołnierz — ów tułacz bezdomny, sierocy,
pomarzy chwilkę oparty na broni —
w dalekich grzbietów wpatrzony widziadła,
na których tęskność księżyca usiadła...
Jakieś mu dawne zwidują się mary
w srebrnych konturach... tatrzańskie li szczyty?...
...chat kalenice?... czy gród jakiś stary —
Lwów... kiedyś — wrogom na zawsze odbity...
Maryackie wieże? —————————
——————————————
——————————————
To potem — jasne odwróci w las oczy —
i słucha szmerów w dalekiej pomroce...
Niedźwiedź to w zdycha w boru?... czy wilk kroczy?
czy serce w piersiach tak silnie łomoce
żalem — nadzieją — i głuchą tęsknotą —
wpatrzone w marzeń złotych — łunę złotą!!
··················
Pamiętam jedną noc... Spiesząc z rozkazem,
wstrzymałem konia na chwilę przy szczycie...
⟨Wytchnienia szukał człowiek i koń razem —⟩
Na wyiskrzonym gwiazdami błękicie
księżyc tam wstawał z za gór — ognia łuną, —
i rozpłomienił białe śniegów runo!...
I Pantyr stanął dumny w swojej krasie...
las go ramiony tęsknemi ogarnie...
widmowe blaski drzewa brały na się,
dalekich szczytów spłonęły latarnie,
a nad ich zrębów koronkę iglastą
w snach się jakoweś czarowało — Miasto!
Ściany pałaców jak wzorzyste krosna...
nad niemi — wieżyc kolumnada dumna...
A w tem — wyniosła — i smukła jak sosna
strzeliła w górę — Zygmunta kolumna! —
...więc pierś modlitwą zaniosła się łzawo —
a usta szepcą: Warszawo!... Warszawo!...
O Grodzie stary! Lechicki Ty Grodzie!
Miasto najświętsze — o miasto Ty krwawe!...
— Umiłowane jak klejnot w narodzie —
— ukrzyżowane wielekroć — za Sprawę!...
Zali Cię ujrzym jeszcze — choć zdaleka —
zali się serce tych cudów doczeka?!...
Idziem do Ciebie przez krew — i przez jęki
tą drogą cierpień — i tęsknot — żarliwą...
my — z pod Raszyna — my z pod Ostrołęki
rozsianych prochów — dojrzałe dziś żniwo...
Zali — przez sprzecznych zawichrzeń mrok gęsty —
słyszysz Ty grodzie Orłowych piór chrzęsty?!
Zali Ty poznasz nas — i nasze czyny,
gdy przyjdziem męką ran naszych pokutni —
żeśmy są Ojców — niewyrodne syny,
— tak na śmierć wierni — jeno bardziej smutni!
Żeśmy — poczęta w bolach i w miłości —
krew z krwi serdecznej Ich — i kość z Ich kości!!
Piotrków, 21 maja 1916 r.