Ty! co mym będziesz przywarom ulegać,
I późny ogień miłości zażegać,
Czego po tobie żądałbym i wzajem
Obacz, coć za twe ofiary oddajem.
Nie chcę cię, młodym ozdobionéj wiekiem,
Ani przyprawnych jagód róży z mlekiem:
Zima nadchodzi, minąłem się z latem;
Na cóż na mrozy narażać się z kwiatem?
Z którą się wiekiem różnimy niewiele,
Która ma enotę i rozum w podziele,
Która zna ludzi, ulega w ich błędzie,
Ta méj wędrówki towarzyszką będzie.
Ta, która ucisk jaki wycierpiała,
Znieść złą fortunę i dobrą umiała,
Dźwigając skromnie nałożone brzemię,
Raz w niebo, drugi spoziera na ziemię, —
Przy niéj ja stanę, gotów do podróży.
Słota nam, albo pogoda posłuży,
Czy szlak przestrony, czyli się zacieśni,
Szczęścia mojego śpiewać będę pieśni.
Kiedy się burza zaweźmie umyśnie,
I łzy jéj z oczu niewinnych wyciśnie,
Ja zebrawszy je, w sercu mojém złożę,
Żal podzielony, nie tak trapić może.
Nie przejdą do niéj złéj fortuny strzały,
Piersi ją moje będą zasłaniały;
Gdy od pocisków schronię ją do końca,
Nazwę to szczęściem, raniony obrońca.
Dla niéj już tylko me poświęcę rymy,
I kiedy zgonem bieg nasz dokończymy,
Jeśli kto zechce o me pisma pytać,
I o niéj będzie wiek potomny czytać.