CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Do autora trzech psalmów

polaco

Podług Ciebie, mój szlachcicu

Cnotą naszą, znieść niewolę.

Ty przemieniasz ziemską dolę

W żywot ducha na xiężycu;

Głosem dziecka wołasz czynu 5

Czynu — czynu!... naród czeka —

A ty drżysz, gdy z ducha gminu

Błyśnie w ogniach twarz człowieka!...

Drżysz, gdy od kos ukraińskich

Długi, smętny brzęk zaleci 10

Do Warszawy, — gdzie was, dzieci,

Straszy teraz twarz Kilińskich!

Nie tak — nie tak, mój szlachetny

Bo czyn ludu nie piosenka,

To nie w herbie z mieczem ręka, 15

To nie ród imieniem świetny,

To nie pieśni próżny twór,

To nie buntu próżna mara,

To nie chmurny lot Ikara,

Gdzie zasługą upaść z chmur! 20

To nie na słońc, gwiazd granicy

Z kochankami mdlejąc latać,

Włosy splatać i rozplatać,

Tchnienie tracić w błyskawicy;

Ale twardo, ale jasno 25

Śród narodu swego stać,

Myślą bić, chorągwie rwać,

Świecić czynu tarczą własną!

— W drogę, choćby niepowrotną,

Ale prostą — naprzód twarzą, 30

Z piersią czystą, choć samotną,

Choć ją sztyletami rażą!

Z twarzą smętną, ale białą,

Chrystusową, choć zwiędniałą,

A ciągnącą lud do siebie 35

Niesłychanym bożym czarem.

Takim duchem i sztandarem,

Być na ziemi — jest być w niebie.

A ty jasny jakiś Panie,

Bo cię nie znam, ale słyszę, 40

Słysząc twoje wierszowanie,

Że ktoś jak perłami pisze,

Że ktoś nakształt się proroka

Stawia ludziom, — ale modny,

Jak historyk świata — chłodny, 45

Obejrzawszy świat z wysoka,

Swoje wiersze, jako cugi

Posłał na świat równym kłusem

I napełnił wóz Chrystusem,

Jak Owidjusz Faetonem 50

I rozesłał swoje sługi,

Swe kolory czcić pokłonem.

Honor myślom, z których błyska

Nowy duch i forma nowa,

Bo są światu, jak zjawiska, 55

Jako jutrznia są różowa,

Jak ogniste meteory

Stopom ludzi podesłane,

By gościńce Irydjana

Pielgrzymowi. — A my od nich 60

Bierzem ogień i kolory

I gwiazd dolatujem wschodnich.

Taką była dawniej dana

Poetyczna karm dla ludu

– Objawienie pełne cudu, 65

Myśl, jak mara niespodziana,

Z piersi naszéj wychodziła,

Na kształt gwiazdy lub miesiąca,

Narodowi dźwiękiem miła,

Ludu sen wspominająca. 70

To jak słońce w półobłoku

Oczom wychodziła, rosła;

To jak róża na potoku,

Albo lekki Sylf bez wiosła.

Jakaś siła nie widzialna, 75

Przez poetę na świat lana,

Wolna — jako Anioł Pana!

Silna – jako skra zapalna!

Dziś co? — Każdy wieszcz z rozkazem,

Każdy patron sam za sobą, 80

Nie z promieniem, lecz z wyrazem,

Nie z swych duchem, lecz osobą.

Kiedy gore świat cierpieniem,

Kiedy wzbiera czynu fala,

On się kładzie sam kamieniem 85

Na ruch ludzki nie pozwala;

Chce zawrócić w stare łoże

Nowe fale — rzekł Boże;

Do zbolałych serc nie wnika,

Czynu ludu nie ma w dłoni, 90

Ale w uszy formą dzwoni,

Albo dzwoni — albo syka.

Jego dźwiękiem, jego mową

Nie odetchnie pierś szeroka,

Nie pomyśli jego głową, 95

Skier nie weźmie z jego oka;

Tylko z nędznej szyty płachty,

Zamiast wieszcza — sztandar jego

Krzyk: „na Boga czerwonego...

„Ty, kto jesteś! nie rżnij szlachty!!“ 100

Któż i gdzie zagroził nożem?

Któż i gdzie ci stanął sporem?

Możeś spotkał się z upiorem?

Z całém dawném Zaporożem. —

Możeś słyszał pochód głuchy, 105

Krzyki krwawe, krwi namiętne

I xiężyce nad krwią smętne

I sokoły w mgle, jak duchy?

Może tobie zastąpiły

W poprzek twojej sennéj stecki 110

Nie ich duchy — lecz mogiły –

A tyś zląkł się! — syn szlachecki! —

Może tylko w noc półjasną

Upiór jaki nadlatywał,

Strzały sobie z ran wyrywał 115

I mgły krwią czerwienił jasną,

Hełm rozpalił w błyskawicę,

Miecz potrząsał purpurowy,

A okropne cztery głowy,

Niby perły, zausznice 120

Z twarzą nieznajomych plemion,

Gdyby róże — niósł u strzemion —

— A ty zaraz w ręku kord. —

W kosach przed nim cała wieś!

„Duch ten, krzyczysz, jest to rzeź! — 125

„Duch ten, to czerwony mord!... “

— Nie mord, nie rzeź, to z girlandy

Co leciała po nad Lidą,

Jakiś sługa dziewki Wandy,

Jakiś złoty husarz z dzidą, 130

Jakiś krzyża kapłan świecki,

Z tęczy widzeń oderwany

Znów — poleciał na kurhany —

— A tyś zląkł się! — syn szlachecki!! —

Zkądże w tobie taka trwoga? 135

I od ludu rów i przedział?

Prawdę mówisz?... Nie, na Boga,

Wiem, żeś prawdy nie powiedział,

Tylko jakieś sny czerwone,

Zaludnione czartów gminem, 140

Twych firanek karmazynem,

Jak róż jasne — jak sen płonne,

Pełne, mówię, mar szkaradnych,

Bez słońc, bez gwiazd, kwiatów żadnych,

Przestraszyły Cię, żeś krzyknął: 145

„Stójmy tak! na Ojców kości! —“

I twój Anioł już w przyszłości

Zabłyśniony — jak sen zniknął.

Jeszcze co? Ani zamachu;

Naród cały hasła czeka, 150

A krzyk pierwszy z ust człowieka

Był okropnym krzykiem strachu,

Bo to sen na końcu pieśni,

Że magnaty kiedyś staną

Z wielką tęczą chorągwianą, 155

Otrząśnięci z wieków pleśni,

Z wielką myślą w sercu — w głowie —

Chatom — niby Aniołowie,

Że bunt święty rozpłomienią,

Że świat cały od nich zgore. 160

— W tych magnatach serce chore,

Proch im sercem i proch rdzenią!

Kiedyś ze sto was tysięcy

Było szlachty z serc i z lica,

Dziś jednegom znał szlachcica; 165

Kraj ich cały nie znał więcéj.

Jeden tylko serca męką,

Zamiarami, choć nie skutkiem,

Wielkim, cichym, dumnym smutkiem,

Pełną zawsze darów ręką, 170

Smętną jakąś, dawną sławą

Był szlachcicem i miał prawo.

Dziś i ten nie został z wami

I godności swéj nie trzyma;

Poszedł gnić między królami, 175

Dziś go nie ma i was nie ma! — — —

Bądźże mi weselszéj cery,

Bo cię żywym być prymuszę.

Wygnaj z myśli Maryusze,

Cezary i Robespiery. 180

Z komet, meteorów cyfer

Czytaj przyszłość wieszczu młody,

Nie bądź w przyszłą noc pogody,

Jako gwiazda zła — Lucyfer,

Gdy słoneczny wóz wyciąga, 185

W morzu kąpie łeb i szyję,

A złem skrzy i w oczy bije

I bezsennym się urąga. —

Bo my z bezsennego łoża

Wzrok rzucamy gorączkowy, 190

A ty łyskasz blaskiem noża,

Dziecko, lub zły duch Jehowy,

Bo nam tworzysz czarną marę

I w zrodzoną rodzisz wiarę.

Ten, kto ojcu powie: Raka! 195

Ten przeklęty; — więc się bój!

Polski lud, to oj ciec twój.

Zeń, jak z cierniowego krzaka,

Gotów znowu Bóg wybuchnąć,

Z wichru uwić twarz i lice, 200

I na ciebie, jak na świecę,

Iść — i daléj pójść — i zdmuchnąć!

Więc sie bój; — bo nie ja grożę,

Marny człowiek i twój brat.

Ale jakiś straszny świat 205

I widzialne światła Boże,

Z ciszą, z wiatrem i z szelestem

Rzucające się na lud.

Strachy, które mówią: cud!

Ognie, które szepcą: jestem! 210

Więc się bój; — bo duch się wdziera

I podważa miasta — wieże.

Słaby, mówisz, rzeź wybiera;

A czy wiesz, co on wybierze?

– Może ludów zatracenie, 215

Może nam przyniesie w dłoni

Komet wichry i płomienie,

W których drży król — matka roni,

Działa, wozy, hufce, konie

Ogień pali, ziemia chłonie, 220

A nikt z mogił nie korzysta,

Jeno wszczynający ruch,

Wieczny rewolucjonista,

Pod męką ciał — leżący duch!

Duch, ogień, młodość 225

Orla i żywa

Ogniem porywa

I z ducha czerpie.

Nad nią na sierpie

Z blasków xiężyca 230

Boga Rodzica.

W zorzy czerwonej,

Na wywróconéj

Tęczy porannéj!

A pod nią mgła 235

Z ognia i szkła

W grze nieustannej

Bałwany wznosząca,

By znieść ją z miesiąca

Z gwiazdami złotemi 240

Postawić na ziemi,

Ogłosić królową

Wyszła, wyszła zza obłoku,

Ludom się pokaże, 245

I na żniwie i na toku

Ujrzą ją żniwiarze!

Cała w słońcach, cała w błyskach,

Z kwiatem złotym w dłoni;

Pastuszkowie przy ogniskach 250

Zaśpiewają o niéj!...

Ujrzą ją na polu trzody

I smętnie zaryczą,

Zadrżą drzewa, staną wody,

Sny z niéj tęcz pożyczą! 255

W polu zejdą się włódarze,

Z kosami na roli;

Bo się we snach snu pokaże

Człowiek dobréj woli.

A tu niżéj 260

Kilka krzyży —

Krzyk namiętnych.

Głos uciszysz.

A usłyszysz

Jęki smętnych. 265

Zebrzydowscy

I Zborowscy

W czerwonych deliach,

Błyskawice

I dziewice 270

W bladych kameliach.

Chór przechodzi,

Zda się, w łodzi,

O brzegi trąca.

Nad smętnemi 275

Lampa ziemi,

Okrąg miesiąca.

Zegar świata,

Ptak Piłata,

Godzinę pieje. 280

Strach i nudności,

W grobach drżą kości,

Bezduch szaleje.

Duch uciska,

Mroczy i błyska, 285

Aż uzupełni

Wiek idący,

Bogiem błyszczący,

Jak xiężyc w pełni.

We łzach nasze ręce podnosimy do Ciebie, 290

Panie, odpuść nam winy!

Niech będzie Twoja wola na ziemi i w niebie;

Przez nas czyń Twoje czyny!

Niechaj się Twoje imię na wysokościach święci,

Niech się święci trzy razy! 295

Abyśmy już nie byli z xiąg żywota wyjęci

Dla wad naszych i zmazy.

Wspomnij, cośmy cierpieli pod chłostą tych mocarzy,

A ducha-śmy nie dali.

Nie poznaliby ojce naszych bolesnych twarzy, 300

Gdyby z grobowca wstali.

Gdyśmy cierpieli mocno, wołaliśmy do góry,

Jak gołębie: „nie ciśnij!“ —

Duchy, jak gołębice, rosleciały się w chmury,

Zatrwóż! niech wrócą!... błyśnij! 305

W téj błyskawicy, Panie, obaczym się z daleka,

Brat pozna swego brata,

I wejdzie nieśmiertelność, niby Anioł w człowieka

I staniem ludem świata!...

W takim hymnie wieszczu stój; 310

Bo pieśń taka pójdzie górą,

Nad podlejszych dusz naturą

Panująca: Boży strój,

Do którego Bóg nagina

W szystkie wieku tego struny, 315

Złączy dźwięki i pioruny

Świat, co kocha i przeklina.

I z błękitów rzuci na tła

Przemieniona krwawość w światła,

Anioł się z Aniołem zetrze, 320

Chrystus wstąpi na ciał łamy

I z Chrystusem się spotkamy,

A spotkania plac... powietrze! —

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Do autora Skarg JeremiegoDo E... →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Do autora trzech psalmów
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-do-autora-trzech-psalmow--juliusz-sowacki-210ced
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Do autora trzech psalmów», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-do-autora-trzech-psalmow--juliusz-sowacki-210ced.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.