Na podwórku rozpostarta
Księżycowa ton...
O okienną ramę wsparta,
Pochyliłam skroń...
W półsen wpadam cichy, słodki,
Na olśnione patrząc schodki.
Tam — w oddali blask sadzawki,
W niej odbicie drzew —
I ruchomy cień huśtawki
Pod wietrzyka wiew...
Zaszumiało coś w gęstwinie...
Na niebiosach księżyc płynie.
Dosyć, dosyć rzeczy wabnych!
Pora spocząć w śnie!
Na łóżeczko me z jedwabnych
Sznurków kładę się.
Wionął nocny chłód w przesmyku:
Drżę w samotnym pokoiku.
I ot słyszę, jak sadzawkę
Wzrusza deszczu szmer, —
Śliczną mi wyrządził sprawkę!..
Zmoknie łódź i ster...
Jakże teraz przez te chłodne
Rosy zerwę lilie wodne?..