CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaMikołaj Biernacki

Mikołaj Biernacki · Modernismo

Ciocia Marta

polaco

Nie wszystko złoto, co się zwierzchu świeci,

Działa się szczerze, działa i nieszczerze,

Matka Ojczyzna różne rodzi dzieci,

Nie każdy święty, co klepie pacierze.

Stare to myśli — niezaprzeczam — ale

I węgrzyn stary, a smakowny wcale.

Skoro więc zgoda, to historję powiem;

Jednak nie smutną, bez ponurych cieni;

Bo nie chcę szarpać czytelników zdrowiem,

I grosz doktorom pędzić do kieszeni,

Jak dziś poeci, co jękiem bez przerwy,

Są źródłem ciężkiéj choroby: „na nerwy.“

Mieszkam w Baryłach, wiosce podkrakowskiej;

Żem nieżonaty, nie wielka nowina;

Mimo to żyję jakoś z łaski Boskiéj,

Choć dom bez żony — to obiad bez wina,

Mam miękkie serce, dla ludzi otwarte,

Niezłego kuchtę i — ciotunię Martę.

Ciotunia, ciepła, jak to mówią wdowa,

Miała wieś Kulki — odemnie o milę;

Jeździła bardzo często do Krakowa,

Miasta, gdzie słodko płyną wdowie chwile

Na rekollekcjach, nieszporach, ploteczkach,

I tym podobnych miłych zabaweczkach.

Ze mną serdecznie była, dokąd księża,

Mogą to wszyscy poświadczyć sąsiedzi,

Nie opisali mnie przed nią jak węża

Za to, że nie chcę chodzić do spowiedzi;

A głównie za to, mówiąc między nami,

ZemŻem ich podobno nazwał faktorami.

Owoż za grzech ten, cioteczka kochana

Już ze dwa lata nie gadała do mnie;

Jakby nie znała swojego siostrzana.

To téż zdziwiony zostałem ogromnie,

Gdym list otrzymał, że do Barył zjedzie

I że pojutrze będzie na objedzie.

Była sobota — czytałem reklamę

Jaką z ambony wystrzelił dla „Czasu“

Sławny kanonik; — gdy właśnie przez bramę

Wtoczył się powóz; — nie miałem więc czasu

Objąć przedziwną tej mowy logikę.

Biegłem powitać Ciocię Dobrodzikę.

Ma się rozumieć, żem nie jedno słowo

Czułych duserów kładł przed nią pokotem;

Lecz ciotka Marta spojrzała surowo —

„Pawełku, rzecze, zostaw to na potém.

„U nas w Krakowie, w soboty i w święta

„Grzechem jest garnąć świeckie komplementa.

„Powiem ci lepiéj, z jakiego powodu

„Tutaj przybyłam. Znasz hrabiego Jana;

„Musisz znać, bywał u ciebie za młodu,

„Człowiek, przed którym warto giąć kolana.

„Ten — co go w Wiedniu, prawie jednej chwili

„Bezbożne liberały na giełdzie złupili.

„Owóż pan hrabia, trzy dni temu wpada

„I mówi do mnie: Pani Dobrodzika

„Z tego co powiem, będzie bardzo rada.

„Właśnie znalazłem dla niéj spowiednika.

„Święty to człowiek, katolik gorący,

„Młody, przyjemny i jak grób milczący.

„Hrabio! powiadam mów! na miłość Boga!

„Gdzie jest ten człowiek? mów! jako Bóg żywy.

„A hrabia na to: moja pani droga,

„Będziesz go miała — wypadek szczęśliwy.

„Jest on wikarym u pani siostrzana;

„Wszyscy tam znają księdza Tulipana.“

Znałem, go znałem, chłopisko sążniste;

Lecz trzeba wyznać grzeczny był i słodki.

Nie chcę obmawiać broń mię Jezu Chryste,

Jednak nad miarę lubił on dewotki

I do ich usług był zawsze gotowy.

W ogóle wielbił wszystkie białogłowy.

„Toż mówi ciotka, mając takie wieści,

„Pomimo słoty przyjechałam tutaj:

„Bo w rzeczach duszy, człowiek się nie pieści.

„Będzie to zresztą przedwstępna pokuta.

„Drogi Pawełku! — zbliżają się święta,

„A jam z krakowskich księży nie kontenta.

„Widzisz, w Krakowie, w takim dusz nawale,

„Powiem otwarcie — wszak to rzecz nie zdrożna,

„Ot, spowiadają kobiety niedbale;

„Przynajmniéj nie tak, jak to robić można.

„Więc mi wybaczysz, że ja jutro z rana

„Proszę o spowiedź księdza Tulipana.

„Tylko cię Pawle uprzedzam zawczasu,

„Żem tu przybyła dla nieziemskiéj chwały,

„Nie chcę więc tobie robić ambarasu;

„Proszę cię tylko — dasz mi kącik mały

„Gdziebym spokojnie mogła zliczyć grzechy.

„Słowem użyła duchowej pociechy.“

Skończyła mówić, przeszła się po sali

I wzięła w rękę ze stołu książeczkę.

Wyszedłem wołać by objad dawali,

Ale wróciwszy za małą chwileczkę,

Anim się spodział, Dobrodzieju Panie,

Jak na mnie spadło sążniste kazanie.

„Wstyd mi mówiła rozogniona Ciocia,

„Wstyd mi doprawdy za mego siostrzeńca,

„Cóź to ja widzę! Piosenki Rodocia!

„Tego zuchwalca! tego potępieńca!

„Co go się wkrótce zaprze Kraków cały!

„Wybacz mi Pawle — ale drę w kawały.“

Chciałem się bronić, w tem dano śniadanie,

Którem powitał z niezmierną radością;

Myślę, przynajmniej perora ustanie.

Gdy nagle ciotka powstaje ze złością,

Otwiera okno i z groźnym okrzykiem

Ciska na trawnik półmisek z befsztykiem.

„To tak, powiada, wiedząc, że przyjadę.

„Żem katoliczka, że dzisiaj sobota,

„Kazałeś podać mięsiwa gromadę!

„Żeby mnie zgubić! taka twoja cnota!

„O! „Czas“ ma rację, żeście jakobiny!

„Toż u mnie Azor w post nie tknie słoniny.“

Ja jako mogłem nie traciłem ducha,

Mówię: cioteczka niech się nie zapala,

Niech tylko ciotka Marteczka posłucha.

Wnet wszystko będzie, wnet poszlę fornala

Po kawior, ryby, bo w domu... ten... tego...

Nie zawsze wszystko — u djabła starego..

Lecz ledwom wyrzekł te fatalne słowa,

Musiałem gwałtem oprzeć się o ścianę;

Bo wszystko moje: nogi, piersi, głowa

Zostały płynem wilgotnym oblane.

Dziś jeszcze widzę dwie spore butelki

W ręku mej ciotki i mój postrach wielki.

Ciotka wołała: „Ojca Serafina

„Zapytaj Pawle! cały świat w to wierzy,

„Ze gdy kto imie szatana wspomina,

„To go święconą zlać wodą należy.

„Szczęście żem z wodą taką przyjechała,

„Ot widzisz Pawle, jak ci się przydała.“

Małom się nie wściekł — Powiadam, u czarta!

Ja tego łotra, tego Serafina

Na śmierć ubiję...! a wtem ciotka Marta

Strasznie jęknęła, na wznak się przegina,

Przymyka oczy i pobladła cała,

Pada na ziemię. Dla Boga! zemdlała!

Ja tam nie umiem ratować jak drugi;

Więc krzyczę gwałtu! wpada Piotr karbowy,

Wpada parobek, za nim inne sługi,

A w końcu Jasiek, chłopak kredensowy.

Wołam: ratujcie! jeśli wam Bóg miły!

A sam uciekam co tylko mam siły.

Lecz ledwom przebiegł przez kilka pokoi,

Słyszę okrzyki i staję zdziwiony.

Widzę jak pędzą wszyscy słudzy moi,

I słyszę Jaśka głosik rozżalony.

Jedni wołają,: żyje! żyje! żyje!

A Jasiek wrzeszczy: za co pani bije!

Rzecz była taka: w butelkach zostało

Święconej wody. Jaśkowi mówiono,

Że trzeba pryskać na zemdlone ciało.

Więc wziął butelkę i zlał ciotki łono.

Widząc herezję, ta natychmiast wstała

I z całéj siły Jaśkowi w kark dała.

Kiedym ja nadszedł, właśnie ciotka Marta

Bijąc wciąż w Jaśka — wołała: „kochanku!

„Ja cię chcę zbawić! wygnać z ciebie czarta.“

I tak sunęła za nim aż do ganku;

Zkąd Jasiek wpadłszy w gęste zagajenie,

Wolał swym nogom poruczyć zbawienie.

Widocznie Ciotkę to uspokoiło;

A też i fornal powrócił już z miasta.

Siedliśmy znowu, a choć mi nie miło

Było na sercu, milczałem i basta.

Podano obiad, ciotka Marta siadła,

I przeżegnawszy z apetytem jadła.

Ja zazdrościłem i byłem zdumiony.

U mnie bo zwykle, muszę wyznać szczerze,

Jak tylko jestem cokolwiek zgryziony,

Zaraz apetyt jakieś licho bierze.

Więc proszę ciotki, by mi powiedziała,

Jak wraz się modlić, bić i jeść umiała.

„Pawle! odrzekła, takie cudy robi

„Ojciec Serafin; przyjedź do Krakowa,

„Serafin ciebie w cnoty przyozdobi,

„On cię od męki piekielnéj uchowa.

„Pójdź do spowiedzi, niech cię strach nie bierze,

„Pokuta — głupstwo — dwa lub trzy pacierze.

„No, ale teraz, zjadłszy w samą miarę,

„Idę do siebie — a ty zażyj, wczasu;

„Bo ja przepędzę jakie godzin parę

„Na rozmyślaniu; i tak wiele czasu

„Próżno straciłam, a jutro mnie czeka

„Spowiedź takiego jak twój ksiądz człowieka.“

Wyszła. Palnąłem spory kielich wina

Na pocieszenie po przebytym znoju,

Posłałem djabłom ojca Serafina,

I do mojego poszedłem pokoju

Wedle zwyczaju zdrzemnąć chwilkę małą;

Lecz anim marzył o tem co się stało.

Przyległą izbę, dałem ciotce Marcie;

Najcichszą jaka była w całym dworze.

W tém, po za ścianą, słyszę jakieś tarcie,

Jakieś brzękanie. Myślę — co być może?

A że ciekawość bawi i poucza

Więc téż zajrzałem przez dziurkę od klucza.

Ciocia przed lustrem — w ręku dwa pędzelki

I słoik z maścią — coś kręci, smaruje

Brwi, nos, policzki... słowem — Boże wielki!

Wyraźnie bieli albo się różuje.

A niech cię djabli! to mi rozmyślanie!

To mi zuch ciocia! że aż miło panie!

Chcę krzyknąć Vivat! lecz gdym nagle sobie

Przypomniał ranek i sprawę Jaśkową,

To pomyślałem, że najlepiej zrobię

Gdy będę milczał. Toż najmniejsze słowo

Z ust mi nie wyszło, kiedym w godzin kilka

Zobaczył ciocię strojną jak motylka.

Jednak myślałem: czy się ciotce bredzi?

Czemu u licha tak się wystroiła.

Kiedy aż jutro idzie do spowiedzi?

Czyby tak do mnie? Lecz w tem, ciocia miła

Mówi: „Pawełku na marnéj rozmowie

„Czas tracę — nie tak dzieje się w Krakowie.

„Tam my, kobiety, swego spowiednika

„Wzywamy wieczór — w wilję przed spowiedzią,

„Na konferencję. Wtedy on przenika

„W nasze istności. To nas nad gawiedzią

„Stawia pospólstwa. — Tak robią hrabiowie,

„Książęta nawet. Tak bywa w Krakowie.

„Otóż mój drogi, przypomnieć ci muszę,

„Że do spowiedzi idę jutro zrana;

„Jeśli więc pragniesz zbawić moją duszę,

„Kaź dziś poprosić księdza Tulipana.

„Sądzę że nikt mi nie odmówi racji;

„Idź, idź — pamiętaj także o kolacji!

Westchnąłem tylko; ale Tulipana

Prosić kazałem — i w godzinę potem

Siedzieli razem, a rozradowana

Ciotka mnie nawet zwała sercem złotem.

Ja jednak wkrótce wyniosłem się z sali,

Wróciłem do nich, gdy kolację dali.

Ledwieśmy siedli, mnie licho nadało

Przyganić zupę; bowiem i koloru

Nie miała wcale i coś w niej pływało.

A Jasiek hultaj, chcąc bronić honoru

Walka kucharza — także się odzywa:

„To buljon, mówi, tak w tej zupie pływa.“

Chciałem zagadać; lecz Jaśka przemowę

Ksiądz już usłyszał; zaczem téj potrawy

Skosztować nie mógł — zwiesił tylko głowę.

Ciotka na niego wzrok rzuciła łzawy,

A do mnie mówi, jak tygrys z za kraty:

„Oto masz skutki ludowej oświaty.

„Dzisiaj buljonem zupę ci podrabia,

„Jutro sam będzie w post pożerał mięso,

„Za rok nie poznasz co szewc a co hrabia,

„W końcu motłochy Krakowem zatrzęsą

„I będą żądać zniesienia zakonów.

„Ach! jakbym piekła wszystkich farmazonów!

„Trzeba ci wiedzieć księże Tulipanie,

„Że nasz kanonik, co tak gada ładnie,

„Mówi: nauka, jest to zamięszanie

„W którem przewaga możnych rodzin padnie.

„O! „Czas“ jest święty! choć nań napadacie,

„Że wszędzie nogę podstawia oświacie.

„Wracam do kuchty; on chciał nasze dusze

„Zaprzedać piekłu, według mego zdania,

„Dlatego Pawle, nastawać nań muszę,

„I surowego żądać ukarania.

„Łotr z niego będzie! natrząsa się z nieba!

„Choć z pięćdziesiątkę dać by mu potrzeba.“

Zamilkła wreszcie — ja, choć kląłem w duszy,

Nic na tak wzniosłe nie rzekłem kazanie;

Bo już wszystkiego miałem aż po uszy.

Więc po kolacji, natychmiast mospanie

Żeby nie zostać jeszcze większym osłem,

Do mojej izby szybko się wyniosłem.

Gdym wstał nazajutrz, to ludzie gadali,

Jasiek łotr głośno, inni pokryjomu,

Że ksiądz Tulipan siedział długo w sali;

Bo coś z północy powracał do domu.

Ciotkę ujrzałem już nie bardzo rano,

Dopiero wtenczas, gdy śniadanie dano.

Przyszła z kościoła bardzo uśmiechnięta;

Ciągle na ustach miała swe spowiedzie,

Ze spowiednika niezmiernie kontenta,

Wreszcie wyrzekła że zaraz odjedzie.

Na te wyrazy dreszcz mnie przejął błogi.

Kazałem zaprządz i — szczęśliwej drogi.

Wkrótce — pamiętam, na zielone święta,

Mój ksiądz wikary jakoś mi powiedział,

Że go od ciotki spotkała: „Prezenta“;

Ze będzie w Kulkach na probostwie siedział.

Wnet też pojechał, pędząc całą siłą,

Widać — no — widać, że mu pilno było.

Co dzisiaj ciotka robi z Tulipanem,

Co dziś Tulipan robi z ciotką Martą,

Wiem — lecz ze strachu przed pewnym organem

Słówka nie pisnę. Zresztą i nie warto

Dla bagatelki tracić mir w Krakowie.

Bądź co bądź — Kraków — ja kocham panowie!

Sigue explorando

Por su autor
Mikołaj Biernacki · 67 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Boże! jak Ty rządzisz światem!Co ja zrobię z moim synem! →

Expediente

Autor
Mikołaj Biernacki
Título
Ciocia Marta
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-ciocia-marta--mikoaj-biernacki-28b4a2
Cita recomendada
Mikołaj Biernacki, «Ciocia Marta», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-ciocia-marta--mikoaj-biernacki-28b4a2.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.