CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJaroslav Vrchlický

Jaroslav Vrchlický · Modernismo

Bocian Św. Franciszka

polaco

Z śmiertelnego raz omdlenia

Po zapasach groźnych, długich,

Święty ocknął się Franciszek.

Oczu jeszcze nie otworzył,

Kiedy czuje, jak różowa

Zorza jasna, cicha, błoga

Zwolna muska mu powieki.

Niby harfy, niby fletu

Słodkie tony w uszach dźwięczą,

Co zdaleka, zda się, płyną,

Jako fala na mórz toni.

Czuł dokoła woń czarowną;

Takiej woni nawet róża

Nie ma w głębi swego łona,

Ani jaśmin w gwiazdkach białych.

Ukoiła mu się dusza,

Przelękniona widmem śmierci,

Gdy nieznany głos zaszeptał:

— „To jest raj, tyś wszedł do nieba“

W końcu, kiedy gędźba owa

Uroczysty hymn zagrała,

Rozwarł oczy i osłupiał:

Tak, w istocie był on w niebie:

Przed nim wszystko w blaskach tonie,

On, co śpiewał hymny słońcu

Teraz patrzy w jego lice,

Świateł morze go nie razi.

Najprzód widzi, jako słupy,

Wielkie kłęby białej pary.

To kadzideł snać obłoki

W górę wznoszą się z kadzielnic,

Z tych kadzielnic szczerozłotych,

Co przy Boga stoją tronie.

Widzi drzewa dziwnych kształtów,

Na nich zamiast kwiecia gwiazdy;

Pod drzewcami w białych szatach

Kroczą, niosąc w ręku palmy.

Całe tłumy wyzwolonych.

Każdy nimbem głowę zdobi.

Są biskupi tu, prorocy,

Cni kapłani, męczennicy,

Panny, wdowy i wyznawcy.

Między nimi białopióry,

Niezliczony chór aniołów

Przy harf dźwięku pieśni śpiewa.

Jedni grają z nich na fletniach,

Ci w cymbały uderzają.

Uśmiech szczęścia wnet zagościł

Na wybladłej, schorowanej,

Zwiędłej twarzy Franciszkowej.

A więc on to w takiej chwale,

Prosty mnich ów — bosonogi!

Każdy z tłumu tych niebianów,

Gdy przechodzi koło niego.

Staje. Szepty słychać w koło:

— „Patrz-no, on to, wszak to święty

„Nasz Franciszek — sługa Boży!“

I spostrzega, jak papieże

Przed nim tiary swe zdejmują,

Zapomniawszy, co im winien.

Wciąż przygląda się tym pocztom,

Lub zapuszcza wzrok ciekawie

W obłok, który z kadzielnicy

Wzlata w górę słupem białym.

To dziwiło go najbardziej,

Że, czem więcej się wpatruje,

Zamiast dymu, zamiast pary,

Niemowlęce główki widzi,

Złote, płowe, kędzierzawe

Główki małych cherubinków,

Tłuściusieńkich, oskrzydlonych

Wesolutkie, uśmiechnięte.

Zgiełk ten radość w nim rozbudził,

Przemówiwszy wprost do duszy.

W niebie czasu się nie liczy,

Jednak, mimo wszystkich uciech,

W raju czuje się Franciszek

Opuszczonym i samotnym.

Wstał ze swojej złotej ławy,

Po obłoku zwolna kroczy,

Aż tam, kędy z kadzielnicy

Dym zasłania Wieczne Światło,

Na obydwa padł kolana,

Rozwarł ręce piętnowane

Gwoźdźmi Swego Zbawiciela

I przed tłumem wyzwolonych

MęczęnnikówMęczenników i proroków,

I aniołów i wyznawców

Z płaczem począł opowiadać:

— „Światło świateł, Boże Ojcze,

„Odpuść, proszę, mnie grzesznemu,

„Gdy otwarcie wyznam Tobie:

„W raju Twoim jest mi smutno,

„Tyś w mą duszę nadto wiele

„Wlał miłości snać dla świata,

„Jam z przyrodą żył na ziemi,

„Jako syn jej najwierniejszy,

„Bez niej jam, jak sucha gałąź.

„Chcesz zaś wiedzieć, Boże, Panie,

„Czegom smutny w Twojem niebie?

„Tu mi nie jest bratem ogień,

„Tu mi nie jest matką ziemia,

„Tu mi nie jest siostrą woda,

„Lecz najwięcej ze wszystkiego,

„Com miłował, żal mi ptaków;

„One w długiej mej tułaczce

„Pokrzepieniem i pociechą

„Były oku, uszom, sercu.

„Znać Ty nie wiesz, Wszechmogący

„Ojcze świata, co mnie w Umbryi

„Raz się jeden przytrafiło:

„Szedłem uczyć mnogie tłumy,

„Ale marną była praca,

„Gdy ich uszy były głuche,

„Umęczony, oszukany,

„Poza miasto idę w smutku,

„Gdzie rozległa wonna łąka,

„Obok drzewa rosły duże,

„Środkiem strumyk wązko płynął.

„Całą boleść mojej duszy

„Jam wylewał w łzach obfitych.

„Patrzę, naraz czajka zwinna,

„Co chodziła po murawie,

„Mały czubek nastroszyła

„I zwolniła nieco kroku,

„Jakby rzecz mą zrozumiała.

„W krzaku, gdzie miał gniazdo z liści,

„Pozostałych z przeszłej zimy,

„Słowik stroił swe gardziołko.

„Przyskoczyła z ponad brzegu

„Zięba, za nią zdążył szczygieł,

„Szpaczek z gęstej wybiegł trzciny,

„Gil łakomy, czarnoszyjka,

„Z pól poważny gawron przyszedł,

„Kawka z wroną też w ślad za nim,

„Zaś skowronek z pod lazurów

„Spuścił się na ziemski padół,

„Przyszedł dudek zachmurzony,

„Kos przyfrunął złoto-dzioby,

„Dzięcioł, co to w drzewo stuka,

„Kraska, orlik, chciwy łupu,

„Przyszły za nim w ślad pospołu.

„Bekas, co wciąż w trzcinie siedzi,

„I jaskółka, pliszka mała,

„Dworny strzyżyk, żwawa sroka.

„Ponad wszystkiem ptastwem owem,

„Podkuliwszy jedną nogę,

„Wielki bocian stał na straży

„I, słuchając, kiwał głową,

„Świergocącym wokół wróblom

„Długim dziobem dawał znaki,

„Aby cicho się sprawiały.

„Ja, Franciszek, sługa Boży,

„Gdy mną ludzie pogardzili,

„Te poczciwe, wdzięczne ptaki

„Tak-em, Panie, umiłował,

„Że już bez nich żyć mi trudno.

„Nie śmiem żądać, o mój Stwórco,

„Byś na prośbę Twego sługi

„Zechciał zmienić raj na ziemię.

„Lecz o jedno proszę, Ojcze:

„Przez te posty, com wycierpiał,

„Przez te nędze, com przenosił,

„Przez choroby i niemoce,

„Przez te rany na mych rękach,

„Przez te rany w mojej duszy, —

„Dozwól Wielki, Święty Boże,

„Bym bociana miał choć w niebie,

„Abym mógł z nim tak obcować,

„Jak z rodzonym bratem drogim,

„Jako z wiernym towarzyszem“.

Ze zdziwieniem, w osłupieniu,

Stoją wokół tłumy świętych.

Wszyscy milczą, lecz w ich twarzach

Mógł Franciszek łacno czytać,

Co tam o nim myślą sobie:

Święty Piotr nachmurzył czoło,

A Jan Chrzciciel kręcił głową,

Jan Chryzostom słuchał bacznie,

Co mu Grzegorz w ucho szeptał.

Na swe czoło ukazując,

Kończył mowę temi słowy:

— „Jam to twierdził już oddawna,

„Był dziwakiem, jest i będzie“.

Wszyscy święci się rozeszli,

A Franciszek z bólem w sercu

Szedł od tronu Pana Boga,

Myśląc, że nań Bóg się gniewa.

Wtem za kołnierz ktoś go chwyta...

Co takiego? może-ż wierzyć

Zadziwionym swoim oczom?

Przed nim bocian stoi biały,

Z tym czerwonym dziobem długim

I z czarnemi swemi skrzydły,

Co się błyszczą. Zaklekotał

I wślad za nim zwolna kroczy.

Uradował się Franciszek,

Zobaczywszy przyjaciela,

Objął go ze łzami w oczach,

Ku zdziwieniu niebian wszystkich.

Siadł na swojej ławie złotej,

Bocian głowę sparł na piersi,

Czule gładził ją Franciszek,

Rad ze swego przyjaciela.

Jaką dolę miał nasz Święty,

Taką dolę miał i bocian:

Mimo chwały niebios, głowę

Zamyślony spuszczać począł,

Krocząc z nogi wciąż na nogę.

Gdy go gładził sługa Boży,

Patrzał przed się w zamyśleniu

O tych ziemskich wielkich łąkach,

O bagniskach, o moczarach.

Nad któremi chmury ciągną;

O sitowiu i o trzcinie,

W których wiatr wyprawia harce;

Tam moc owych niezliczona

Lekkonogich małych tworów,

Które łowił długim dziobem.

W tej zadumie jasno widzi,

Jak, spłoszona jego kroki,

W wodę z brzegu skacze żaba.

Dziwnym zda się obraz cały

Tej przyrody ożywionej —

Śmieszność z grozą tutaj społu.

Widzi, jak się miga w trzcinie

Salamandra ciemnożółta

I jaszczurka, którą spłoszył,

Co się w słońcu wygrzewała;

Widzi szare, ciche chatki

I kościółka widzi wieżę;

Na czerwonym szczycie dachu

Widzi z jego gniazdem koło;

Widzi, jako w czas jesieni

Przylatują od zachodu

I od wschodu towarzysze,

Że z nim ciągną w długim szyku

Przez pustynie i przez błonia,

Ponad lasy, góry, morza,

Jako długa karawana,

Przez mgły, światło, chmury, zorze,

Do piramid, do wód Nilu.

Dziwy temi rozmarzony,

Zapomina, że jest w niebie,

Dziobem stuka w prawo, w lewo,

Przeszkadzając Świętym Pańskim

W ich codziennem rozmyślaniu,

Wreszcie burzę wzniecił wielką,

Gdy, chwyciwszy dziobem chustkę

Świętej Maryi Magdaleny,

Po niebiesiech ją obnosił.

Wnet się zeszli wszyscy święci,

Jednogłośnie Boga proszą,

By bociana wygnał z nieba.

Ze skłonioną na dół głową,

W szacie mniszej, bosonogi,

Stał Franciszek z kornem czołem,

Stał przed Tronem swego Pana,

Czekał na ten wyrok straszny,

Co rozłączyć miał go dzisiaj

Z miłym jego towarzyszem.

Była cisza. Matka Boża

Popatrzała długą chwilę

Na bociana, na Franciszka,

A jak zawsze, tak i teraz

W niebie była pośredniczką.

Przemówiła, głos jej dźwięczał.

Jako dzwonki srebrne dźwięczą:

— „Trzeba wszystkim zrobić zadość,

„Jak obydwu przyjaciołom,

„Tak i naszym świętym w niebie.

„Nic dziwnego, — bocianowi

„Tęskno musi być za ziemią,

„A więc niechaj zleci na dół,

„Jako poseł Pana Boga,

„Niech pobędzie przy strumyku,

„U tych błotnisk i moczarów

„I niech wraca, kiedy zechce

„Tu, do nieba, do Franciszka“.

I, skinąwszy, ukazała

Krzak niebiańskiej wonnej róży;

Pod nim spali połączeni

Dwaj w uścisku aniołkowie.

Wnet na rozkaz Matki Bożej

Rozstąpiły się obłoki,

Zaświeciło jasno słonko

I ujrzano naszą ziemię,

Jak w przestworzach płynie zwolna,

Niby wonna, biała róża.

Były widne na niej lasy,

Jako czarne, wielkie pasma,

Rzeki, jako nitki białe,

Góry, jako modre plamy.

— „Patrzcie na dół“ rzekła znowu

Słodkim głosem Matka Boża.

„Tam, wśród lasu, stoi chatka,

„W niej mieszkają biedni ludzie,

„Dobrzy, czuli, bogobojni, —

„O dzieciątko Boga proszą —

„Chcę dziś spełnić ich życzenia.

„Wierny druhu Franciszkowy,

„Weź śpiącego w dziób aniołka

„I ostrożnie zleć na ziemię,

„Przeleć mgły te, nieba lazur

„Przeleć góry, lasy, wody

„I w okienko owej chaty,

„Niosąc dobrą wieść, zapukaj.

„Wejdź w jej progi i życzenia

„Matki, która w śnie spoczywa,

„Spełnij, kładąc do kołyski

„Twoją zdobycz, z nieba wziętą.

„Niech zagości na tej ziemi

„Radość w sercach dobrych ludzi“.

Mądry bocian, zabiegliwy,

Spełnił rozkaz co do joty —

I ujrzeli wszyscy w niebie,

Jak do chaty owej zboczył,

Jak w kolebkę dziecię złożył,

Czuli ową radość ludzi

W tej dziękczynnej łzie w ich oku,

A Bóg Ojciec miłosierny,

Gładząc długą, siwą brodę,

Chwalił dobrą Swoją Córkę,

Matkę Bożą wobec wszystkich.

Wkrótce wrócił bocian z ziemi

(Trochę na niej pożerował

Tam u zdroju, w gęstej trzcinie),

Wesół stanął przed Franciszkiem,

Który szczęścia pełen w duszy,

Pieszcząc swego przyjaciela,

Szedł dziękować Bożej Matce.

Odtąd bocian przywykł w niebie,

A gdy mu się przykrzy czasem,

Niemowlęta ludziom nosi.

Sigue explorando

Por su autor
Jaroslav Vrchlický · 577 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Baśń o złotym kluczuBohu osvoboditeli — I. →

Expediente

Autor
Jaroslav Vrchlický
Título
Bocian Św. Franciszka
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-bocian-sw-franciszka--jaroslav-vrchlicky-d4656b
Cita recomendada
Jaroslav Vrchlický, «Bocian Św. Franciszka», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-bocian-sw-franciszka--jaroslav-vrchlicky-d4656b.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.