CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Beniowski (Słowacki) — Pieśń druga

polaco

O! nie lękajcie się mojéj goryczy!

Dalibóg! nie wiem sam, skąd mi się wzięła;

Długo po świecie pielgrzym tajemniczy,

Chodziłem, farby zbierając do dzieła,

A teraz moja Muza strof nie liczy, 5

Lecz złe i dobre gwiazdy siać zaczęła;

Komu za kołnierz spadnie przez przypadek

Syrjus rzucony przez nią, lub Niedźwiadek,

Spali się — lecz ja nie winien. — Per Bacco!

Różnemi drogi mój poemat wiodę; 10

Jak Chochlik często częstuję tabaką,

A gdy kichają ja zaczynam Odę

Na przykład drugą piękną Odę taką

Jak do młodości. Może serca młode

Pokochają mnie za to żem jest śmiały, 15

Jak Roland który wpół rozcinał skały.

I teraz chciałbym rozciąć — co? — dom jeden,

Podolski jeden dom rozciąć na dwoje;

I pokazać wam jaki szczery Eden!

Jak nieraz pełne aniołów pokoje! 20

Jak złoty, piękny domów jest syredeń! —

Ukraińskie to słóweczko nie moje.

Wywołał je tu rym przez dźwięki bliźnie

Nie miłość którą mam ku Kozaczyźnie:

Chciałbym więc rozciąć jeden z dawnych dworów, 25

Które na górach stoją nad stawami.

Stawy — to tarcze z tęczowych kolorów,

Gdzie się łabędzie białe za gwiazdami

Gonią, podobne do srebrnych upiorów,

A na nie xiężyc jasnemi oczami 30

Patrzy, na niebie jeden, przez topole,

A drugi taki złoty xiężyc — w dole.

Atoli wnętrze tych domów dopiéro

Poetyczne jest — zwłaszcza jeśli miłość

Oświeci, wonną je napełni myrrą, 35

I ścian drewnianych sprostuje pochyłość;

Podolanek są usta srebrną lirą,

Serca... Ta strofa ma pewną zawiłość,

Któréj nie lubię, lecz ją skończyć muszę. —

Serca są takie jak aniołów dusze. 40

Sam znałem jedną — lecz nie wspomnę o niéj,

Bo się nadzwyczaj mój rym rozserdeczni.

Od serca mi jéj wiało tyle woni

I tyle światła: że mi dziś słoneczniéj —

Chociaż mi zegar teraz północ dzwoni — 45

Niż gdybym w Boga się patrzał najwieczniéj.

Niech was bluźnierstwa nie rospędza trwoga;

Ona umarła już — Jest częścią Boga,

Duszą, światłością, wolą, jedną chwilą

Wieczności, wiedzą wszystkiego. — O! dosyć! 50

Niech resztę grobu cyprysy ochylą.

Różom najbielszym jéj żałobę nosić.

Ją słońca drogi mlecznéj nie omylą,

Zdziwiona blaskiem, będzie się podnosić

Jako harmonii lekkiéj głos, bez końca 55

Ze słońc, na wielkie słońca, i nad słońca.

A gdy się w drogi zatrzyma półowie,

Jak gołąb puszczę za nią skrzydła chyże —

A tu mi ręce zawiążcie na głowie,

I twarzą bladą połóżcie na lirze, 60

Jakbym w Alpejskim upadłszy parowie

Spoczywał — Miałem ja troski i krzyże —

Więcéj niż śniło się wam filozofom.

Lecz dajmy pokój tym myślom i strofom.

Dosyć o sercach strzaskanych, o świecie 65

Tu, ziemskim i tam, nadsłonecznym; oba

Smętne są. — Światy wam utworzę trzecie,

Jeżeli się mój poemat podoba,

Znów drugi, wielki tom napiszę w lecie:

A te zostaną pieśni jako proba 70

Wcale nie według mego serca — ale

Ponieważ moje są; otwarcie chwalę

Głupi! o sobie dobrze mów! wykrzyka

Ryszard w okropnym bardzo monologu,

Ujrzawszy siebie we śnie, jak krwawnika 75

Oczerwienionym, na piekielnym progu —

Szkoda, że w Xiędzu Kiefalińskim znika

Szekspir; przyczyną jest trudność połogu

W stanie bezżennym — także to że z xiędza

Nie może nagle być Makbeta jędza. 80

O Xiężach dobrze mów! jest to przestroga

Już nie Szekspira, na tym fundamencie

Moralność cała stoi. — Lecz na Boga!

Gdzie mój poemat? Moje przedsięwzięcie

Epiczne? Moja Arjostyczna droga? — 85

Widzę że wszystko mi stoi na wstręcie

Nawet pisania łatwość rzuca plamę —

Mówią że w czterech dniach układam Drammę.

O! Boże! ileż bym stworzył romansów,

Gdybym chciał wszystkich d.....w być zabawą, 90

Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów,

Na któréj by się uczyli ze sławą

Syllabizować. Lecz z prozą aliansów

Nie chcę — do wiersza mam, jak sądzę, prawo.

Sam się rym do mnie miłośnie nagina, 95

Oktawa pieści, kocha mię Sestyna.

Ktoś to powiedział, że gdyby się słowa

Mogły stać nagle indywiduami;

Gdyby Ojczyzną był język i mowa:

Posąg by mój stał, stworzony głoskami 100

Z napisem patri patriae. — Jest to nowa

Krytyka — Stój! — ten posąg błyska skrami,

Spogląda z góry na wszystkie języki,

Lśni jak mozajka, śpiewa jak słowiki,

Otocz go lasem cyprysów, modrzewi, 105

On się rozjęczy jak harfa Eola,

W róże się same jak Dryada wdrzewi,

Głosem wyleci za lasy na pola.

I rozłabędzi wszystko, roześpiewi...

Jak smukła, pełna słowików topola, 110

Co kiedy w nocy zacznie pieśń skrzydlatą:

Myślisz... że w niebo ulatujesz z chatą,

Że porwał cię głos, jasność xiężycowa,

Serce rozkwitłe, rozlatane pieniem.

O! gdyby mogły się na posąg słowa 115

Złożyć i stanąć pod cyprysów cieniem,

Jak marmur który duszę w sobie chowa,

I zwolna złotym wylewa strumieniem;

A tak powoli leje i łagodnie

Że po tysiącach lat, jak słońce wschodnie 120

Stoi w nim cała, ogromna... O! gdyby!

Zachcenia moje są jak Klefta żądze,

Który chciał w trumnie mieć dla słońca szyby

I dla jaskółek — na co? — Znowu błądzę

Jak Telimena gdy wyszła na grzyby, 125

A zbiera mrówki (mrówkami są żądze).

Na wiatr to mówię tylko, lecz w nadziei,

Żem dostrzegł jako Poznańczyk — idei.

Czy w poemacie tym, równie szczęśliwa

Krytyka, równe porobi odkrycia? 130

Nie wiem. — Czasami myśl w Etherze pływa

Przez piękne bardzo przelatując śnicia,

Lecz późniéj, pismo, druk, tęcze obrywa

Z kształtów. — A teraz odbłysk mego życia

Na ten poemat pada niezbyt pięknie. 135

Patrzcie jak serce wesołe — gdy pęknie!

Szczęściem że pieśni téj bohatér młody,

Świeży, miłośny i ma ciemne oko,

Złote połyskiem zielonawéj wody,

Lecz nie zbyt na świat patrzące głęboko. 140

Owszem, ma nadto serdecznéj pogody,

Nadto mu prawie na świecie szeroko.

Ach! nieraz szczérze westchniecie z litości

Widząc, jaki w nim brak artystyczności!

Poezya go otacza — Czytelniku! 145

Na jego miéjscu, o! ileżbyś razy

Uczuł że dusza twa na wykrzykniku

Hypogryfując, leci, klnie wyrazy;

Klnie, że w około zimnych serc bez liku!

Same szkielety pod nią, same płazy! — 150

Beniowski jakby go Bóg o tém ostrzegł

A priori to czuł — lecz nie spostrzegł.

Co lepsza, nigdy nie mówił, nie pisał —

Biedaczek! brakło mu formy gotowéj!

Nigdy się w myślów dzwon nie rozkołysał 155

Idei żadnéj w nim nie było nowéj,

Najnowsze, z ustek różanych wysysał;

I teraz, patrzcie! w pasiece lipowéj

Klęczy pokornie przy kochanki nodze, —

Oboje na zbyt niebespiecznéj drodze. 160

Lecz młodość — O! ta, pomimo dewotek,

Ta jest najlepszą obroną dziewicom;

To jest kochanków młodość. — Mimo plotek

Szesnastoletnim się przybliżyć licom

Pozwólcie — zwłaszcza gdy chłopiec podlotek 165

Zazdrości skrzydeł dwu synogarlicom.

Dla tego tylko że się mogą bratać,

Piórkami ściskać i gruchać i latać.

O! pierwsza miłość! téj wiernym obrazem

Jest zamienienie serc bez interesu; 170

Téj ideałem jest latanie razem

W krainie, w któréj nie ma końca, kresu.

Potém się człowiek głupi staje płazem,

Mimo krew zimną, z każdego karesu

Mogą wyniknąć rzeczy złe i zdrożne, 175

O których xiążki już mówią nabożne.

Za takie rzeczy, nie rozumiem zgoła,

Dla czego w Rzymie nieszczęsne grzesznice

Sadzą do zamku świętego Anioła,

Prócz tych. — Ta strofa musi zakryć lice; 180

Wstydzi się że tę myśl wzięła od czoła,

Nie zaś z profilu. O! Muzy dziewice

Zarumienieniem waszym ucieszony

Wracam do bajki mojéj — z innéj strony.

To jest, zostawiam z kochankiem dziewicę 185

Śród róż, drzew, świateł xiężycowych, woni,

Wód rzucających srebrne błyskawice

Z pod brzóz i bielą okrytych jabłoni;

Serce przy sercu, i przy licu lice,

Dłoń niespokojna, w niespokojnéj dłoni; 190

Ach! są to rzeczy bardzo piękne, czułe,

Lecz wieszcza mogą przemienić w gadułę.

A więc do zamku wracam, gdzie Starosta

Kłaniał się, poił, dął, puszył, brał na ton:

A chociaż szlachta go słuchała prosta, 195

O rzeczach duszy rozmawiał jak Platon —

Na mózg wesołych ludzi wielka chłosta! —

Więc się rozeszli woląc sen — niż świat on

Co się na ów czas zdał za Atlantykim.

Został się pan Starosta z Dzieduszyckim... 200

Ów Dzieduszycki był to Regimentarz

Podolski, wielki wróg Konfederacyi,

Z któréj niedawno chciał uczynić cmentarz,

Co do jednego wyciąć — niech go kaci!

Z Rulhiera pewnie jego czyn pamiętasz: 205

A tu obaczysz, jak mu się wypłaci

Konfederacja: jak jest niebezpiecznie

Z Demokratami być nie dosyć grzecznie!

Przypomnę tylko, że ten paliwoda

Zdradą na obóz napadł i wycinał, 210

Czego mu potém była wielka szkoda,

Bowiem go czekał stryczek lub puginał.

Nie znano jeszcze w ówczas Walenroda,

I kończył jak pies, kto zdradą zaczynał:

Exemplum: oba Litewskie Biskupy, 215

Na dwóch latarniach miejskich — oba trupy.

Dziś zdrajcom łatwiéj — jeśli ich pod lodem

Car nie utopi — łatwiéj ujść latarni.

Krukowiecki jest miasta Walenrodem,

Demokratycznym jest Gurowski. — Czarni, 220

Lecz obu wielka myśl była powodem,

Oba chcą Polski, aby ujść bez karni;

Bo zna to dobrze ta piekielna para.

Że łatwiéj odrwić Polaków — niż Cara.

Walenrodyczność, czyli Walenrodyzm 225

Ten wiele zrobił dobrego — najwięcéj!

Wprowadził pewny do zdrady metodyzm,

Z jednego, zrobił zdrajców sto tysięcy.

Tu nie mam więcéj już rymu na odyzm

Co od włoskiego odjar—lo — najprędzéj 230

Może zastąpić brak polskiego słowa

Walenrodyczność więc — jest to rzecz nowa.

Mój czytelniku powiem coś na ucho:

I sam Paszkiewicz... domyślaj się reszty —

— Co? sam Paszkiewicz? — O tém jeszcze głucho, 235

Lecz jestem pewny. — Pomyślał: a wiesz ty?

Że on być musi już przejęty skruchą?

On jest Polakiem aż po same meszty

Które mu dzisiaj wyszyła Wallida,

Aby Turkiem był dla Abdul Meszyda. — 240

— Tak jest: obaczysz, lecz trzymaj w sekrecie

Co powiedziałem: nie rzucaj się w spiski,

Bo wielkim rzeczom przeszkodzisz na świecie

Rzeczom, co jako piorunowe błyski

W chmurach się kryją. — Więc już rozumiecie 245

Że Dzieduszycki nie miał jednéj kréski

Od brzegów Dźwiny po hordy Nogajca,

Wszyscy w Ojczyźnie mówili: to zdrajca! —

Zwalił to wprawdzie na króla rozkazy;

Ale się wyparł król, jak zawsze bywa, 250

Wyparł się jako Święty Piotr, trzy razy,

I cała wina na koguta spływa

Dla tego że piał. A więc wszystkie zmazy

Pan Regimentarz, kochanek Gradywa,

Dzwigał na sobie i chował in petto 255

Zemstę, jak Włochy co się mszczą stiletto.

Tym czasem chciał się ożenić bogato,

I okiem wszystkie przemierzywszy domy,

Najlepszym z domów wydał mu się na to

Ów zamek, wielki, malowniczy, stromy, 260

Gdzie mieszkał szlachcic pół, pół król, pół Kato,

Pół warjat, a pół syn Cezarów Romy;

Maleńki starzec, pół łysego czoła,

Ojciec który miał córkę, pół anioła.

Wybrawszy teścia, przyjechał bez swatów, 265

Z intencyą ojcu się oświadczył, pannie;

Wspomniał o drzewie swoich antenatów —

Nie wspomniał ani raz o krwawéj wannie

Którą chciał sprawić dla Konfederatów —

Ale o królu mówił nieustannie, 270

Pokręcał wąsa, zarzucał wylotów;

Lubił pić, bardzo nienawidził kotów.

Dla tego kochał psy, gdy gardło zalał...

Pozwolił nieraz Anieli szpicowi

Aby mu lizał wąs... za psami szalał, 275

Zalecał nawet dóbr Intendentowi,

Ażeby Chłopów psóm kąsać pozwalał,

Mówiąc za zwyczaj, że to psy uzdrowi

Od bolu zębów a stąd od wścieklizny —

Miał jednak dobrą stronę — anewryzmy — 280

Te dowodziły że miał serce. — Głowy

Nie dowodziła w nim choroba żadna,

Lecz materjalny kadłub, z okiem sowy

Na szyi zawsze nieruchoméj; składna

Figurka, uśmiech i ukłon wężowy; 285

Grzeczność co w takim panu bardzo ładna!

Wielka znajomość świata, krajów, ludzi,

I wiele tego wszystkiego co łudzi.

Ów pan układny więc siedział przy stole

Przy samym panu Staroście, na prawo; 290

Dobijał właśnie targu i na czole

Widać mu było niecierpliwość krwawą,

Gryzącą; oczy utopił sokole,

Za ręce teścia, trzymał ręką prawą,

Lewą na stole wyciągniętą, prosto 295

Ku kielichowi i mówił! „Starosto!

„Jakem człek prawy! jakem Polak prawy!

Tak pragnę córkę twoją uszczęśliwić,

Wierzaj mi i bądź starosto łaskawy.“

Tu pragnąc trupi głos nieco ożywić 300

Pociągnął wina; pił jak but dziurawy,

I zwykł się nieco był po piciu krzywić,

Tak wyciągnąwszy blisko wina kwartę

Zmarszczył i czoło rozjaśnił wydarte.

I rozjaśniony znów do zamku pana: 305

„Starosto zezwól na szczęśliwość naszą.“

Tak mówiąc teścia przyszłego kolana

Ścisnął pod stołem, i oczy co straszą

Chłopów, jak oczy czerwone szatana,

Uczynił cukrem i ponętą ptaszą — 310

A miał na oczach swoich, jak jastrząbek,

Z powiek wilgotno czerwonych obrąbek.

Starosta napół spiący, ale grzeczny

Nie wstawał ani odpowiadał na to,

Pan to był bowiem, co chciał być bezpieczny, 315

Zwłaszcza gdy ujrzał twarz żółtą, wąsatą,

I wiedział że gniew może ściągnąć wieczny,

Gniew, który czeka z lichwą i z wypłatą.

Siedział więc zimny lecz trochę się puszył,

Że w konkur, wielki pan, o córkę ruszył. 320

Nie odpowiadał nic bo przez półowę

Już spał — a wreszcie nie chciał odpowiadać.

Pan Dzieduszycki zaczął proźby nowe,

Jak do pacierzy jął ręce układać;

Już się był począł przez słowa miodowe 325

Do uśpionego napół serca wkradać,

Już widział uśmiech co poprzedza wszędzie

Ostatnie, słodkie słowo: niech tak będzie.

Gadając ręce pokornie złożone

Na stół położył obie, i wytrzeszczał 330

Na pana zamku oczy zaiskrzone —

Albowiem uśmiech mu senny obwieszczał

Że po pijanemu zdobył sobie żonę —

W tém nagle jak wąż wzdął się i zawrzeszczał,

Wstał — lecz na stole miał obiedwie dłonie 335

A na nich papier i orła w koronie...

Orzeł na karcie był — a karta była

Nożem Tureckim do rąk mu przybita...

Boleść go nad nią w arkadę skrzywiła,

Oczy w niéj toną — myślałbyś że czyta, 340

Że karta trupie kolory odbiła

Na jego żółtą twarz. Xiądz Karmelita

Za stołem cicho stał i patrzał z góry

Na czytelnika bladego tortury.

Ocknięty zamku pan — to raz na xiędza, 345

To znów na ściany patrzał wstając zwolna,

Ręka na szabli, w oczach gniewu jędza

Ledwo się w sobie pohamować zdolna...

Lecz myślał że mu sen, mary napędza,

Tak dziwną była ta cisza okolna, 350

Ten papier nagle do stołu przybity,

Dzieduszyckiego jęk — wzrok Karmelity.

Już dawno by się był skokiem lamparta

Rzucił do szabli — ale mówiąc szczerze...

Myślał że sen mu grał sztukę Mozarta, 355

Że Don-Żuana widział na operze,

Gdy trupa ziemia puściła otwarta

Na muzykalny wieczór i wieczerzę.

Tak trudno było pomiarkować z razu,

Czy xiądz był z ciała ludzkiego czy z głazu. 360

Godzina była nocna i bez przerwy

Piał kogut, świéce miały długie knoty,

Na wieżach zamku spiewał ptak Minerwy,

A w jedném oknie miesiąc stanął złoty —

Znacie działanie téj gwiazdy na nerwy. — 365

Miesiąc więc w oknie stał — dziwne łoskoty

Na dachu, jakby jęczenia grobowe —

Wreszcie Ladawy pan — odzyskał mowę.

„Ktoś ty?“ xsiądz milczał „co tu robisz mnichu?

Co znaczy papier ten? na Lucyfera!“ 370

Tu Dzieduszycki zajęczał po cichu,

Ale tak jęknął jak człek co umiera.

Spojrzał — chciał spojrzeć, lecz w powiek kielichu

Nie było oczu, tylko białość szczera

Jak w zwierciadlanym łysnęła odruzgu 375

Szkło tylko — gałki uciekły do mózgu.

Starosta spojrzał, i cofnął się biały

Jak wosk, jak oczy którrmi go szukał

Pan Dzieduszycki; ale okazały

W cofnieniu się swém na ludzi nie hukał, 380

Zwłaszcza że xiądz był wielki — a on mały.

vNieraz zaś przed tém pan Starosta fukał

Na równych sobie, niższym dawał szlagę,

Licząc na swoją małość i powagę.

Więc co miał w oczach skier, wszystkie zapalił, 385

Co miał na czole zmarszczków zebrał razem.

Sam by się Jowisz oburzony chwalił,

Tak Olimpijskim na twarzy wyrazem.

Spiorunowany xiądz się w proch nie walił,

Lecz w jedną szybę okien rzucił głazem. 390

Na ten brzęk, wszystkie ganki i komnaty

Przewiał ogromny wrzask: Konfederaty.

Starosta spuścił łeb — xiądz się przybliżył

I wyjął szablę mu złoconą z ręki:

„Przebacz wielmożny pan jeślim ubliżył 395

Lecz zamek był nam potrzebny; a jęki

Tego człowieka słuszne. Bóg go zniżył.

Ten co na krzyżu poniósł krwawe męki

Ten go nam daje; a wyrok nie minie:

Kto mieczem grzeszył, ten od miecza zginie.“ — 400

Podczas téj mowy, twarze się wąsate

Pokazywały w podwojach, kołpaki,

Konfederatki, czapki i rogate

I krągłe, i kapuzy, i pakłaki,

I owe jeszcze uszami skrzydlate 405

Co ekonomów są laurem. Gdy taki

Rój czapek i rój północnych latarek

Zjawił się: rzekł xiądz: „ja jestem xiądz Marek!“

Wstrzymał się — powiódł okiem po Staroście

Zmarszczył się... i rzekł: „dla Kozaka Sawy, 410

Który się bije z chłopami na moście,

Wypuścić racę nad zamkiem Ladawy,

Wy się tu proszę bracia nie panoszcie

Rabunkiem, zamek się nie poddał krwawy;

Ale wielmożny dziedzic sam to czuje, 415

Że opór próżny — więc kapituluje.“ —

— Na to Starosta krzyknął „protestuję

Przeciwko zdradzie haniebnéj waszmościów

Jako Rzymianin z zamku ustępuję.

Mieć nie będziecie nawet moich kościów.“ — 420

Tu mi czytelnik zapewne daruje

Trochę w téj mowie niegramatycznościów;

Lub niechaj raczy ze mną na spoczynek

Do xiężycowych wrócić Anielinek.

O! tam poezya gotowa — Romeo! 425

Pożycz mi twoich słów rozpłomienionych.

Zresztą już Ursę mam z Kassyopeą,

Mam xiężyc i mam dwoje serc pęknionych,

I Philomelę co tak jak J. B. O.

Ów Londyńczyków słowik zapalonych, 430

Śpiewa dla chcących spać arystokratów,

Tak że go wszyscy dają do stu katów.

O! tam poezya. — Gdyby tylko na to

Aby się żegnać, warto brać amanty.

Czuliście kiedy tę łzę lodowatą 435

Przy pożegnaniu, ciężką jak brylanty?

Te słowa, „pójdę i skonam za kratą!“

Czyście słyszeli te słodkie kuranty

Grane przez wszystkie pozytywki żywe,

A jednak — przysiągłbym że niefałszywe: 440

Czyście żegnali? klęczeli? włos rwali?

Tracili ducha? wymowę? kolory?

Pugilares z paszportem? i t. d.

Czy przysięgaliście jako upiory

Wrócić po śmierci przy xiężycu biali? 445

Łopotać w okno czarne skrzydłem zmory?

Kochankę swoją w noc poślubną napaść

Unieść na koniu, i w ziemię się zapaść?

Czy wam pozwolił potém los nie wrócić?

Zachować smutku wrażenie niestarte, 450

I całe życie się przeszłością smucić;

Odwiedzać morza, ludy, Egipt, Spartę,

A zawsze: — „ona teraz musi nucić!

Teraz na xiężyc oczy ma otwarte!“ —

Ach takem ja śnił — lecz na piramidzie, 455

Tfu! — odebrałem list że zamąż idzie.

To mię cokolwiek zmięszało — nie bardzo —

Ale cokolwiek zmięszało, Bóg świadkiem! —

Są ludzie którzy wtenczas klną i gardzą,

Lecz ja to smutnym nazywam wypadkiem. 460

Takich dwa: — a me serce tak zatwardzą,

Że niezabudką już, ani bławatkiem

Nie da się nigdy wyprowadzić w pole,

Chyba mi posag położą na stole.

Ha, takem zgorzkniał, że nawet nie trącę 465

W téj pieśni, smutnéj lutni pożegnania.

Szeptali długo jak wierzby płaczące,

Gołębie słychać tam było gruchania,

Łzy zimne, usta zmywają gorące,

Słychać serc bicia, płacze, słowa, łkania, 470

Już się rozeszli — rzecz skończona — Horror!

Miłość, przechodzi już w pamiątek kolor...

W kameleona, w serdeczną jaszczurkę,

W rzecz poetycznie piękną, w sen niebieski,

W muzę Olimpu zamglonego córkę, 475

W poemat smutny od deski do deski,

W mgłę podnoszącą się z łez, w białą chmurkę

Na tle przeszłości, w gwiazdę, w arabeski

Tęczowe — chmurą obwiedzone złotą.

W dole: Raphaël pinxit, albo Giotto. 480

W galleryi siedzi dusza. — O! tęczowa

Kopuło myśli, tyś moim kościołem! —

Wymalowana, jasna, xiężycowa

Nad srebrnym duszy wisząca aniołem,

Modlitwą w tobie są rospaczy słowa 485

Serce wygląda jak urna z popiołem

W najtajemniéjszéj kaplicy stojąca —

Tak jesteś, gdy cię żaden wiatr nie trąca. —

Lecz kiedy burza zawieje i zruszy

Z filarów ciebie, kopuło tęczowa, 490

Pękasz jak niebo nad Aniołem duszy;

Próżno się broni w błyskawicach głowa,

Cały gmach na nią upada i kruszy,

I ją, i serce które biedna chowa

Jak smętny łabędź pod skrzydły białemi. 495

Pękło — popioły rozwiał wiatr po ziemi.

Skończona wielka tragedja powagi

I ciszy greckiéj; reszta wiatru wyciem,

Myśl zabłysnęła nagle jak miecz nagi,

Marzenia stają się czynem i życiem, 500

Czyny się stają piorunem odwagi —

Rozbiły kościół! — Pod jego rozbiciem

I serce pękło i burza przewyła...

Z wszystkiego, patrzcie co? — krzyż i mogiła. —

Precz wszystkie takie sceny odgrywane 505

W teatrze naszych wnętrzności, Maurycy

Przejdzie, uczuje sercem każdą zmianę,

Czas mu postawi zwierciadło różnicy,

Czas matematyk. Dziś serce strzaskane,

Ruszył na koniu pędem błyskawicy, 510

Za nim pasieka, szczęście, przeszłość, ona,

Kto wié za kilka lat, czy jego żona?

Panna Aniela, jeszcze nieświadoma

Odmian które się w zamku wydarzyły,

Biegła, ścieżeczka przed nią była stroma, 515

Pomiędzy skalne wijąca się bryły;

Potém sadzawka i ów dąb z rękoma

Założonemi, ów dąb pełen siły,

Który się dawniéj kochał bez nadziei

Jedne swe oko topiąc w Galathei. 520

Nad tą sadzawką nasza młoda panna,

Już zadyszana stanęła, poprawić

Włosy. Sadzawka była bowiem szklanna,

Można się było w niéj oczyma bawić,

I była to gwiazd kryształowych wanna, 525

I rybki się w niéj zaczynały jawić

Długie, błyszczące robiąc korowody,

Ilekroć łezkę rzuciła do wody:

Ale przed rankiem, rybki spały na dnie.

Panna Aniela uwiązała włosy, 530

Nie przypatrzyła się nawet — czy ładnie,

Lękała się tknąć kwiatów pełnych rosy...

I serce biło w niéj — bo chciała zdradnie

Do zamku dostać się — a jakieś głosy

W powietrzu cichem brzęczały i gwary 535

Jak gdyby przez sen mruczał zamek stary.

Konfederatów był to wrzask daleki

Którzy już doszli byli do piwnicy.

Panna Aniela wezwała opieki,

Nabożną będąc, u Bogarodzicy — 540

A w tém, gdy wzniosła do nieba powieki

Blask jakiś nagły jak od błyskawicy

Całą oślepił — Nim oddech utracę

W téj strofie, powiem że, ujrzała racę.

Była to owa raca, nakazana 545

Przez xiędza Marka, na znak Panu Sawie...

Pod biedną panną zadrżały kolana

Z trwogi — wąż leciał paląc się jaskrawie,

I syczał, i tak jak oko szatana

Spojrzał z błękitu; i tak jako pawie 550

Piór płomienistych zaokrąglił końce,

I zatrzymany w niebie, trwał jak słońce.

Anieli zdało się, że już odkryta,

Że już ją widzi ojciec, jéj dugena,

Niebo, ta raca na gwiazdach rozbita, 555

I każda róża w ogniu, i phalena;

Już zdało się jéj że świat cały pyta

I pokazuje ją palcem. — Ta scena

Byłaby bardzo przykra dla téj panny,

Gdyby to zamiast racy, był świt ranny. 560

Lecz raca zgasła i swe włosy złote

W ciemném powietrzu cicho osypała.

Kilka z tych włosów przez grubą ciemnotę

Upadło właśnie z nieba tam gdzie stała

Panna Aniela, myśląc jak tę psotę 565

I te wycieczki będzie ubierała

W wymówki; i pod ulewą ognistą

Przybrała na się postać dziwnie czystą.

Różane usta przygryzła zdradliwie,

Z oczu spuszczonych w bok miotała błyski; 570

Trochę się patrząc smutnie i fałszywie

Przygotowała dla ojca uściski,

Dla guwernantki podobne pokrzywie

Pocałowanie i jeden ukłon niski

Dla pretendenta do obrączki ślubnéj, 575

I z tym ukłonem uśmiech — treści zgubnéj.

Mimo to wszystko, serce biło szybko,

Cóś do téj główki wpadło i pobiegła

Biegnąc jak gdyby była złotą rybką,

Która od wędki zdala plusk spostrzegła; 580

I coraz prędzéj leciała i gibko

Chwiała się, ogniem twarzyczkę zażegła,

Zadyszała się — i różowa wpadła

W bramę i w koło spojrzała i — zbladła.

Przy bramie stali obcy ludzie, mnodzy, 585

Różnego stroju, wąsaci i zbrojni.

Widać że byli trzymani na wodzy,

Bo ujrzeli ją i stali spokojni.

Byli to wszystko, szlachcice ubodzy,

Patryotyczni bardzo, bogobojni, 590

Na pierwszy ogień szli, stali przy bramach,

Choć zimno, rzadko który w lisich błamach.

Nie zapytała ich o nic, nie śmiała

O nic zapytać Panna starościanka.

Ale spojrzawszy na nich już nie drżała, 595

Już wyglądając dumnie jak Rzymianka

Wyprostowana, sroga, trochę biała,

A okiem paląc jak Transteweranka,

Biegła, jak wicher szła przez korytarze

O swego ojca twarz patrząca w twarze. 600

Jako Elektra weszła; elektrycznie

Cała się wstrzęsła widząc ojca w tłumie,

Który dowodził wtenczas retorycznie

Że schylić głowy przed nikim nie umie;

Że radby się był rozsądzić granicznie 605

Z konfederacyą i t. d. — W szumie

Tych słów, nic więcéj nie pojęła córa,

Tylko że ojcu grozi jakaś chmura.

Blady był bowiem starzec, jego ręce

Drżały. — Tu powiem że Dzieduszyckiemu 610

Pożyczył niegdyś proszony, na prędce

Kozaków, przeciw Panu Pułaskiemu.

Słusznie więc teraz zbladł jako jarzęce

Świece, trupowi podobien białemu.

I ów Pan cały purpurowy wczora 615

Wyglądał jako statua Komandora.

Ujrzawszy córka to, nie mówiąc słowa

Pewnymi kroki do stołu się zbliża,

Widzi że sterczy w nim sztyletu głowa

W papier utkwiona, więc jak piorun chyża 620

Wyrywa ów nóż i za gorset chowa.

Wtenczas, by ręce Boże zdjęte z krzyża

Rąk dwoje wyszło z pod papieru, obie

Te ręce zdrajca położył na sobie.

I oblały go krwią jasną dziurawe 625

Dłonie i włos mu okrwawiły siwy.

Potém ku piersiom poniósł ręce krwawe,

I na żupanie białym, znak straszliwy

Został, jak owe ordery plugawe

Które dziś każdy kat i człowiek krzywy 630

Wiesza na piersiach. — Potém się posunął,

Dał krok, zawrzeszczał jak szatan — i runął.

Serce w nim chore biło coraz prędzéj

Czekając tylko na noża wyjęcie,

I pękło. — Siwy ten sęp z okiem jędzy 635

Utonął teraz już w dziéjów odmęcie;

Ale są życia co z téj saméj przędzy

Winą się, dla nich ten rym i przeklęcie!

Niech swoją przyszłość w téj pieśni odkryją!

Niech jak psy patrzą na trupa i wyją! 640

Gdy padł rąk własnych sczerwieniony łzami,

Xiądz Marek z krzyżem do niego przyskoczył:

Lecz zdrajca za krzyż ukąsił zębami,

A potém ręką odepchnął i zbroczył.

Szmer zgrozy zachwiał w pokoju światłami. 645

Xiądz wyjął brewiarz, ustami namoczył

Palec, i karty przewracał z pokorą,

Wiedząc że duszę tę — już diabli biorą.

Wtenczas Starosta rzucił się do stołu,

Kułakiem stuknął krzycząc: „rozbójnicy!“ 650

Przemierzył księdza od góry da dołu:

„Waszeć byś lepiéj modlił się w kaplicy

Niż — Z mojego cię wyklnę Kapitołu!

Córko podaj mi papier — kozak, świecy! —

Siadaj tu Panna, et pagina fracta 655

Pisz protestacją, która pójdzie w akta.“ —

Posłuszna panna Aniela usiadła,

Chwyciła w rękę pióreczka łabędzie:

A starzec do niéj „ta krew czarna, zsiadła,

Ta krew na stole atramentem będzie. 660

Umocz tu pióro. „Aniela pobladła;

Krwią był zalany stół aż po krawędzie,

Krwią co wyciekła z rąk Regimentarskich,

Gdy mu przybito do rąk wyrok Barskich.

Ale posłuszna w krwi zmoczyła pióro, 665

Potém spójrzała i dreszcz ją przeniknął. —

„Wezwawszy Bogów na świadki — pisz córo! —

Których bogdajby wzroku nie uniknął

Ów czyn nieszczęsny i haniebny... juro!...“

Tu karmelita xiądz powstawszy krzyknął: 670

„Ja exorcyzmem te szatany zwalczę...

Co ty krwią każesz pasać bałwochwalcze?

„A ty panienko grzech ściągasz na duszę

Pisząc bluźnierstwa takie krwią człowieka.

Ja was tu jednym znakiem krzyża skruszę, 675

I na tém miejscu krwi popłynie rzeka

Gdzie stoję, a te góry palcem ruszę

I na Moskali pójdą! — Kto tu szczeka?

Kto tu urąga się z Bożego Ducha?

Kto tutaj słysząc nie słyszy i słucha? 680

„Zaprawdę mówię ci Panie Starosto,

Że masz na oczach bielmo i ślepotę.

I powiem ci tu bez ogródek — prosto,

Że prosto idziesz w piekielną ciemnotę,

Za to cię Pan Bóg chciał ukarać chłostą, 685

I gdyby nie ja; te komnaty złote

Byłyby dzisiaj twoją krwią zwalane,

I purpurowe i w ogień odziane.“

„Czy nie wiesz o tém? że na Ukrainie

Zaczęła się rzeź i szlachty wyrznięcie? 690

Pod święconemi nożami krew płynie;

Pop otwiera pierś, a chłop daje cięcie

W bijące serce. Cały naród ginie

Jak w zapalonym przez Boga okręcie;

A ty że byłeś jak miecz obosieczny 695

Ale bezczynny: sądzisz żeś bezpieczny!

„Gdyby nie nasze nad tobą czuwanie,

Dzisiejszéj nocy kozak twój Mohiła

Miał tu pohulać z tobą wielki Panie.

Dziśby tu wielka rzeź w zamczysku była. 700

Idź! — on przykuty łańcuchami w ścianie,

A przy nim zbójców powiązanych siła...

Idź! obacz, jakie teraz mają łoże;

Leżą na workach a w tych workach noże!“

„O! taka pościel będzie dla grzesznika, 705

Co jak ty, patrzy na mordy spokojnie,

Dziś byłbyś w piekle, tu, bez spowiednika

Zamordowany. — Pan Sawa się zbrojnie

Z twojemi chłopy na moście potyka,

I za twą całość krew wylewa hojnie. 710

A twoja siwa się tu rzuca głowa,

Jak gołąb biała, lecz w myślach jałowa.“

Podczas téj mowy Pan Starosta w czoło

Xiędza jasnemi patrzał się oczyma;

Nagle jak człowiek gdy ujrzy że gołą 715

Zbójca siekierę nad głową zatrzyma...

Zadrżał. — A w tém Pan Sawa wszedł wesoło,

Sawa, ogromny skarb dla pisoryma,

Pół kozak a pół szlachcic — ten donosił

Że całą groblę starosty, krwią zrosił. 720

I widać było to na nim, wszedł z brzękiem,

Hucznie, lecz spójrzał i zmięszał się cały

Ujrzawszy oczy w których całym pękiem

Kupido trzymał najeżone strzały.

Zamek był broni napełniony szczękiem, 725

Trup na podłodze, karmelita biały

Nad trupem, blady Starosta, stół krwawy,

Za stołem Panna anielskiéj postawy

Jako Sybilla z piórem w ręku. — Basta!

Na tym się moja pieśń kończy obrazie. 730

Daléj ujrzycie zapalone miasta,

Szlachcica, z żydem, z psem, na drogoskazie

Wiszących — romans w poemat urasta,

Coś w nim o królu będzie, o zarazie,

O Panu Bogu. Pociągnąwszy hausta 735

Jak się rozogni myśl napiszę Fausta.

Jak się rozgniewam nad imaginacyą

Djabłowi oddam bohatéra duszę...

I pewnie zyskam wszystkich aprobacyą,

A tych co płakać ze mną nie chcą — zmuszę. 740

I Demokracyą i Arystokracyą

Do łez głębokich trzecią pieśnią wzruszę

Wziąwszy następnie za rymów dywizę

Jeżeli gryzę co — to sercem gryzę.

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Baranki moje...Beniowski (Słowacki) — Pieśń piąta →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Beniowski (Słowacki) — Pieśń druga
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-beniowski-sowacki-piesn-druga--juliusz-sowacki-b88caa
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Beniowski (Słowacki) — Pieśń druga», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-beniowski-sowacki-piesn-druga--juliusz-sowacki-b88caa.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.