CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaAntoni Edward Odyniec

Antoni Edward Odyniec · Modernismo

Baśń o uśpionéj królewnie i o najśmielszym królewicu

polaco

Był sobie król i królowa.

On zdrów, młody — ona zdrowa;

Przecież rok, drugi i trzeci,

Jak nie ma, tak nie ma dzieci.

Król w myślach smutkiem się trawi,

Komu swe berło zostawi;

Królowa także się troska.

Lecz cóż? taka wola Boska!

Dręczyli się, umęczyli,

W końcu się uspokoili.

Aż królowa raz wieczorem,

Poszła dumać nad jeziorem,

Dumać zawsze o tém jedném,

O sierocém życiu biedném,

I przez jakąby ofiarę

Odwrócić tę Niebios karę.

Idzie, duma — aż z jeziora,

Płynie wielki rak — potwora,

Z wąsem jak som, a w kirysie,

Jakby jaki rycerz lśni się:

I kiwnąwszy zlekka głową,

Tak się ozwie: „O! królowo!

„Dobre tobie niosę wieści:

„Koniec troskom i boleści!

„W trzy ćwierć roku od téj pory

„Będziesz matką pięknéj córy.“ —

— „Ach! ty raku mój nad raki!

„Zkądże tobie rozum taki,

„Byś mógł wiedzieć co się stanie?“ —

Rak jéj na to zapytanie

Nic nie odrzekł, lecz się zwinął,

Plusnął w wodę, i gdzieś zginął.

Snem królowéj to się zdało;

Lecz jak mówił, tak się stało.

W trzy ćwierć roku od téj pory

Była matką pięknéj córy,

A tak pięknéj, chociaż małéj,

Że jéj równéj, na świat cały

Ludzkie oczy nie widziały.

Król niezmiernie rad z dzieciny,

Sprosił cały kraj na chrzciny,

A nasamprzód, państwa stróżek,

Jedénaście możnych Wróżek.

Byłać wprawdzie i dwunasta,

Ale stara, zła niewiasta;

Téj nie prosił; — nie dla tego,

Że stara i nic dobrego —

Lecz był powód. —

W dworskich składach,

Po królewskich pra-pradziadach,

Był, osobliwszéj roboty,

Serwis cały szczerozłoty,

Jak raz na dwanaście osób.

Król bez niego w żaden sposób

Nie chciał nigdy dać obiadu. —

Aż tu kłopot! — Czy ze składu,

Czy z kredensu, dość, że skrycie

Ktoś dwunaste skradł nakrycie;

Lecz kto? lecz jak? gdzie i kiedy?

Ani śladu! — Król więc tedy

Rada w radę z swym Marszałkiem;

I wolał nie prosić całkiem

Téj dwunastéj Wróżki staréj,

Niż dać serwis nie do pary.

Baba co nie pękła z złości. —

A tymczasem tłumy gości,

Co na bal proszeni byli,

Zebrali się, jedli, pili,

I nakoniec, jak w tym kraju

Było zdawna w obyczaju,

Czy kto krewny, czy nie krewny,

Niósł podarki dla królewny.

A po krewnych i za drużbą,

Przyszły Wróżki z dobrą wróżbą,

I przez rymy, przez zaklęcia,

Zarzekały los dziecięcia:

„Będziesz cudem tego świata,

„Będziesz można i bogata,

„Będziesz cudna jasnolica,

„Znajdziesz męża królewica,

„Będziesz wiek wesoło trawić,

„Lud cię będzie błogosławić,

„Będziesz miła, będziesz tkliwa,

„Będziesz dobra i szczęśliwa!“ —

Takie, w kolej od dziesięciu

Wróżek, wróżby szły dziecięciu.

Jedénasta z wróżbą nową

Idzie także: — lecz nim słowo

Wyrzec mogła: — sen czy mara?

Jedną razą Wróżka stara

Zjawiła się przy kolebce,

I już rym swych zaklęć szepce:

„Mnie na ucztę nie proszono,

„Nie karmiono, nie pojono,

„A jać dar mój niosę przecie. —

„Krótko tobie na tym świecie,

„Królewiątko! żyć radośnie.

„W siedemnastéj życia wiośnie,

„Zaraniwszy dłoń wrzecionem,

„Zaśniesz na śmierć wiecznym zgonem.“ —

To wyrzekła, w dłoń klasnęła,

Zaśmiała się, i zniknęła. —

Lecz jak zmienić groźby wieszcze? —

Szczęściem Wróżka, która jeszcze

Nie darzyła niemowlęcia,

Tak skończyła rym zaklęcia:

„Kłamiesz! to się tak nie stanie!

„Będzie to sen, nie skonanie.

„Sen ten będzie trwał lat dwieście,

„Lecz nie wiecznie; — aż nareście,

„Zjawi się najśmielszy z ludzi,

„Co ją znajdzie i obudzi.

„Z nim, i z królem, i z królową,

„Odrodzi się jak na nowo;

„Będzie widzieć wnuków wnuki,

„I dopóty żyć, dopóki

„Sama zechce.“ —

To skończywszy,

Królowi się pokłoniwszy,

Wróżki poszły. — Król w rozpaczy,

Różnie słowa ich tłómaczy,

Wzdycha, płacze, mizernieje.

I cóż za dziw? nie śpi, nie jé,

Myśl złą wróżbą wciąż zajęta:

O dobrych ani pamięta,

A choć wspomni, to nie wierzy.

Myśli wciąż, jak zapobieży

Téj u niego jednéj pewnéj,

Co wróży śmierć dla królewny.

Aż ktoś z dworzan tak doradza:

„Królu panie! twoja władza!

„Zakaż w kraju lnu i przędzy,

„I drwij z przeklęstw staréj jędzy.“ —

W myśl królowi poszła rada.

Więc nie tracąc chwili, siada,

I do swojéj Rady Tajnéj

Pisze ukaz nadzwyczajny.

„Ja król, pan wasz, chcę i każę:

„By w całym państw mych obszarze,

„Nikt — ni szlachta, ani chłopi,

„Nie sieli lnu, ni konopi;

„A kto będzie siał, ten zwije

„Sam z nich stryczek na swą szyję.

„Zabrania się téż prząść nici,

„I zaleca się policji,

„Przez wszelkie jakiebądź środki,

„Zniszczyć wszystkie kołowrotki,

„A nadewszystko wrzeciona. —

„Wola moja niecofniona,

„Kto ją słyszy, niech wykona!“ —

Po wydaniu téj ustawy,

Król zbył troski i obawy,

Znów jadł, pił, spał, żył radośnie.

A tymczasem córka rośnie,

Rośnie — matki już dorasta,

I już wiosna siedemnasta!… —

Cóż się stanie z wróżbą ową? —

Dnia jednego, król z królową,

Gdzieś w gościnę, na czas pewny,

Pojechali bez królewny.

Smutno było to królewnie.

Napłakawszy się więc rzewnie,

Co tu począć? myśli sobie.

Nudno! — „Aha! wiém co zrobię.

„Co mam w domu sama siedzieć?

„Pójdę — rzekła — pałac zwiedzić!“ —

Jakoż poszła. — Ochmistrzyni,

Kilka Frejlin idzie przy niéj.

Idą naprzód do tronowéj,

Od tronowéj do balowéj,

Z tamtéj znów do innéj sali;

I tak coraz daléj, daléj.

Przyszły wreście do narożnéj,

Do okrągłéj wieży próżnéj,

Gdzie jak zamek zamkiem, pewno

Nie był nigdy król z królewną.

W środku tam nic szczególnego.

Mur z kamienia ciosowego,

Kręte wschody, tuż przy murze,

Wiodą w górę; a na górze,

Widać drzwiczki do ganeczka. —

Królewiątko, jak sarneczka,

Skik, skik, w górę — wbiegła sama.

Ochmistrzyni, wielka dama,

Leźć po wschodach nie tak rada.

Frejlinom téż nie wypada

Iść wprzód, zwłaszcza kiedy gniewna.

Więc zostały; — a królewna

Już tymczasem na wierzchołku.

Wbiega, patrzy — aż na stołku,

U nizkiego okieneczka,

Siedzi sobie staruszeczka,

Niziuteńka, siwiuteńka,

Jak gołąbek; — prawa ręka

Na powietrzu, palce w ruchu,

I coś kręci na fartuchu.

Co takiego? — kawał drewna,

Nakształt strzałki! — Więc królewna,

Cicho, cicho, choć w obawie,

Podkrada się — i ciekawie

Patrzy, co to za narzędzie?

A staruszka kądziel przędzie.

I to liźnie lewą rękę,

To coś mruczy jak piosenkę.

„Wrzecioneczko, wij się, wij się!

„Kądziałeczko, nie tak rwij się!

„Praca nasza nie igraszka,

„Wiążem sidło, złowim ptaszka!“ —

A królewna z udygnieniem

Spyta jéj: — „Za pozwoleniem,

„Co to robisz, proszę?“ — „Przędę.“ —

— „Naucz-że mnie, i ja będę!“ —

I już ręką wyciągnioną

Sięga nici: — wtém wrzeciono,

Ach! — ukłuło; — krew z paluszka

Wytrysnęła — a zła Wróżka

Zaśmiała się w głos, i znikła. —

A w królewnie mdłość niezwykła

Rozlewa się — wzrok się klei —

I usnęła. — Tuż z kolei,

Sen ogarnął Ochmistrzynię,

I Frejlinę po Frejlinie;

I co żyło w całym dworze,

Wpadło w letarg. —

W téjże porze

Król powraca. — Co to znaczy?

Ni doboszów, ni trębaczy,

By go witać za powrótem!

Cały odwacht śpi pokotem.

Straż przy bramie, choć stojąca,

Lecz pijana, czy drzemiąca,

Z zwisłą głową i rękoma,

Stoi martwa, nieruchoma.

Co to znaczy? — Król się gniewa,

Chce coś fuknąć — a wtém ziewa,

Ziewa, ziewa — i w pół słowa

Zasnął mówiąc — I królowa,

I jéj dama honorowa,

I szambelan z całą świtą,

Nawet laufer przed karétą,

Z podniesioną, jak biegł, nogą:

I woźnica z miną srogą,

Z zamachniętym biczem w dłoni,

I forysie, i sześć koni,

Jak jechali, tak w pół placu

I zasnęli. — I w pałacu,

Jak kto gdzie stał, tak śpi: — straże,

Prezentując broń; kucharze,

Kręcąc rożen; — nawet płomię,

Choć nie zgasło, nieruchomie

Stoi w górę: — i u góry,

Dym jak buchał, tak w kłąb bury

Zwił się, i śpi: nad kominy

Stercząc tylko jak słup siny.

A jak pałac, tak z nim cała

Okolica zadrzemała,

I powoli, czas za czasem,

Pokryła się gęstym lasem,

Czarnym borem; — a do boru,

Ani drogi, ani toru,

Ni przystępu, ani zblizka!

Wszędzie głogi, a bagniska.

Żaden wiatr tam nie dowiewa,

Nie zaszumią nigdy drzewa;

Żaden ptaszek nie zapiśnie,

Żaden zwierz się nie przeciśnie;

Nawet chmura kiedy płynie,

To go zawsze bokiem minie;

Nawet słońca jasność słodka

Nie ma kędy wejść do środka,

Tak jest gęstą mgłą objęty.

Słowem, był to bór zaklęty.

A tymczasem, jak dzień po dniu,

Tak szedł tydzień po tygodniu,

Tak szedł miesiąc po miesiącu,

Rok po roku — aż i w końcu

Sto lat przeszło. — Z razu ludzie

Rozprawiali o tym cudzie,

Potém coraz mniéj wierzyli,

Potém całkiem zaprzeczyli.

Została się wieść niepewna,

Że w tym borze śpi królewna,

I że kto najśmielszy z ludzi,

Ten ją znajdzie i rozbudzi.

Z razu było dość młodzieży,

Z książąt, grafów i rycerzy,

Co przed laty, jak wieść niesie,

Szli próbować szczęścia w lesie.

Ale jedni, pełni trwogi,

Powrócili od pół drogi,

To nie mogąc znaleźć toru,

To nie śmiejąc wejść do boru.

Było jednak i tych wiele,

Co przez głogi i topiele

Przedarli się w las; lecz z lasu

Nikt nie wrócił. — Czas od czauczasu,

Coraz to mniéj, coraz rzadziéj

Było takich, coby radzi,

Dla niepewnéj tam królewny,

Narażać się na zgon pewny.

W końcu nie ma i nikogo.

A czas zawsze swoją drogą

Jak szedł, tak szedł; — aż nareście

Upłynęło i lat dwieście.

Czasby ocknąć się królewnie.

Już jéj o tém śni się pewnie…

Lecz przyjdzież najśmielszy z ludzi,

Co ją znajdzie i obudzi? —

Nie potrzeba o to bać się,

Co ma stać się, musi stać się.

Posłuchajcie!

Dnia jednego,

Wiosennego, wesołego,

Syn królewski — (Król już nowy

Był w tym kraju) — lubiąc łowy,

Z wielką psiarnią, z wielkim dworem,

Przyjechał tam, i wieczorem

Jakoś zbłądził. — Jedzie, jedzie,

Przez noc całą; aż na przedzie,

Widzi — czarną mgłą okryta,

Stoi puszcza nieprzebyta.

Nigdzie drogi, nigdzie toru,

Ni przystępu! — Więc wzdłuż boru

Jedzie, jedzie — aż spotyka

Staruszeczka, Pustelnika.

Więc go wita, więc go pyta.

Co za puszcza nieprzebyta? —

A staruszek wstrząsłszy głową,

Zaczyna mu słowo w słowo

Opowiadać, co sam pewnie

Wié od starszych: o królewnie,

Co w królewskim wielkim dworze

Śpi zaklęta w owym borze:

Śpi lat dwieście, i śpiąc czeka,

Na kochanka, na człowieka,

Co najśmielszy będzie z ludzi,

Co ją znajdzie i rozbudzi.

Opowiadał potém daléj,

Jak już byli tak zuchwali,

Co jéj szukać próbowali:

Lecz jak jedni wejść nie śmieli,

A co weszli w las — zginęli.

A królewic słucha, słucha —

Był to młodzian pełen ducha,

Pełen serca. — Jednym razem

Wstrząsł się cały, i żelazem

Jak nie zepnie swego konia!

A koń wichrem, wprost przez błonia.

Jak nie skoczy!… w oka mgnieniu

Wpadł do boru, i w drzew cieniu

Zniknął z jeźdzcem. —

Cóż tam w borze? —

Dziwy dziwów! cuda Boże!

Raj nie gaj, nie puszcza dzika,

Oczom jeźdźca się odmyka.

Zamiast głogów — róż ogrody;

Zamiast bagnisk — żywe wody

Połyskują, szumią, brzęczą.

Rój motylów jasną tęczą

Leci nad nim; ptaszki zgrają,

Lecą przed nim, a śpiewają.

Kwiaty pachną — wszędzie wonność,

Wszędzie jasność a zieloność!

A koń leci, ani staje;

A przed koniem same gaje

Rozchodzą się, czynią drogę;

A królewic nie już trwogę,

Ale taką czuje radość;

Że i w niebie jéjby zadość!

A tymczasem konia bodzie,

Leci, leci — aż na przodzie,

Widzi pałac — cud struktury!

Z alabastru białe mury,

Dach się błyszczy jak ze złota,

Wrota na ścież — więc we wrota,

Pędzi prosto do pałacu.

Wjechał na plac: — aż na placu,

Tłumy ludzi w różnych strojach,

W złotogłowach, w jasnych zbrojach,

Stoją, siedzą, leżą — ale

Żaden się nie ruszy wcale,

I czy stoi, czy kto leży,

Śpi i chrapie jak należy.

A wśród placu, jakby wryta,

Stoi pyszna kocz-karéta,

Z herbem dworskim, sześcią koni.

Nasz królewic zajrzał do niéj.

Lecz nie widząc, jak był pewny,

Młodéj, ładnéj — więc królewny,

Wprost pod pałac gnał w zawody.

Przebył ganek, wbiegł na wschody.

Wszedł do sali — do tronowéj,

Ztamtąd prosto do balowéj,

Ztamtąd znów do innéj sali;

I tak coraz daléj, daléj,

Doszedł wreście do narożnéj

Owéj wieży — już nie próżnéj —

Bo tam właśnie Ochmistrzyni,

I Frejliny obok przy niéj,

Przed wschodami śpią na ziemi.

Spójrzał bystro między niemi,

Czy nie znajdzie téj, co szuka.

Lecz nie! serce nie oszuka,

A tu mówi, że jéj nie ma.

A więc rzucił wkrąg oczyma.

Patrzy, widzi wschody kręte,

I u góry wpół przeniknięte

Małe drzwiczki; — coś widocznie

Tam go ciągnie; — lecz cóż pocznie?

Przejść nie sposób! Ochmistrzyni

Leży wzdłuż, Frejliny przy niéj,

Chyba deptać. — Lecz poradził,

Krok w tył — skoczył, i przesadził.

Dopadł drzwiczek, popchnął, wbiega,

I postrzega — cóż postrzega?

O! radości! — „Tak! to pewna!

„To jest ona! to Królewna!“ —

Tak, to ona! — bo gdzież w świecie

Taka druga? —

Jakby dziecię,

Spokojniutka, miła, cicha,

Drzemie zlekka: — pierś oddycha;

Usta drgają, jak śród krzewu

Listek róży od powiewu;

Po przez rzęsy jasność oczek

Lśni jak gwiazdka przez obłoczek.

Włos w pierścieniach oblał szyję,

W twarzy róże a lilije.

Na wysmukły, cienki stanik,

Rzucon lekki półkaftanik,

Purpurowy, złotem tkany,

Gronostajem bramowany.

Zresztą w bieli, lekkiéj, mglistéj,

I w zasłonie wpół przejrzystéj.

W dole tylko z pod fartuszka,

W koturniku, drobna nóżka

Lśni się złotem. — Cudo dziewic!

Śpi jak anioł! — a królewic,

W zadumieniu, w zachwyceniu,

Cały w sercu a spójrzeniu,

Nieruchomy stał — i ona

Spała przed nim niewzruszona.

Lecz jak przerwać sen zaklęty? —

Od miłości on natchnięty,

Skoczył ku niéj, zgiął kolano,

Wlepił oczy w twarz rumianą.

Usta drgnęły jak uśmiechem,

Pierś jéj żywszym tchnie oddechem;

W licach zakwitł kwiat rumieńca,

Jakby czuła wzrok młodzieńca.

A młodzieniec! w uniesieniu,

W upojeniu, w omamieniu —

O! któżby się pohamował? —

Schylił się — i pocałował.

A wtém nagle izba cała

Blaskiem słońca zajaśniała.

I królewna się ocuca!

Błędném okiem wkoło rzuca,

I ujrzawszy królewica,

Rumieni się i zachwyca.

A tymczasem, jak w pałacu,

Tak na ganku i na placu,

Jak kto gdzie spał, tak się budzi.

Znów gwar, hałas, ciżba ludzi.

Ochmistrzyni jeszcze ziewa,

Na Frejliny już się gniewa.

Dobosz widząc że król jedzie,

Bije werbel; a na przedzie,

Laufer jak stał bieży daléj,

Furman z kozła z bicza pali,

I zajeżdża. — Król, królowa,

I jéj dama honorowa,

I szambelan z resztą świty,

I hajduki z za karéty,

Wysiadają, dłoń podają,

Króla we drzwi wprowadzają.

Straże bronie prezentują,

W kuchni znowu jeść gotują.

Kuchmistrz miechem w ogień dmucha,

Ogień trzaska, dym znów bucha.

Słowem, wszystko się ruszyło,

Odrodziło się, ożyło,

A wszystko jak dawniéj było.

Prócz nowego tylko gościa,

Królewica jegomościa,

Co z królewną wraca z wieży,

Król naprzeciw niego bieży,

Królowa tuż za nim kroczy,

Za królową dwór się tłoczy,

A u wszystkich wielkie oczy!…

A królewic im rzecz całą

Opowiada, jak się stało. —

Słysząc to król i królowa,

Ledwo mogli przyjść do słowa,

By mu wdzięczność swą objawić,

I z królewną błogosławić.

Cóż wam jeszcze mówić daléj? —

Kochankowie się pobrali.

Król znów sprosił gości wiele,

Sprawił ucztę, a wesele,

Lusztyk, bal! — I ja tam byłem,

Miód i wino z gośćmi piłem.

A com od nich się dowiedział,

Tom wam, jak mógł, opowiedział.

Sigue explorando

Por su autor
Antoni Edward Odyniec · 8 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

Chochlik →

Expediente

Autor
Antoni Edward Odyniec
Título
Baśń o uśpionéj królewnie i o najśmielszym królewicu
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-basn-o-uspionej-krolewnie-i-o-najsmielszym-krole--antoni-edward-odyniec-b11cdb
Cita recomendada
Antoni Edward Odyniec, «Baśń o uśpionéj królewnie i o najśmielszym królewicu», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-basn-o-uspionej-krolewnie-i-o-najsmielszym-krole--antoni-edward-odyniec-b11cdb.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.