CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Amor vincens

polaco

There was a Poet... Shelley. »Alastor«.

Wszytko sie dziwnie plecie

Na tym tu biednym świecie,

A ktoby chciał rozumem wszytkiego dochodzić.

I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Jan Kochanowski. »Pieśni«. (11. 5).

...... i pomogła mu młoda niewiasta,

Ellenai .... Słowacki. »Anhelli«.

I.

Był pewien człowiek, co, »jak Dant za życia« —

W dniach swej młodości — przeszedł przez palące

»Katusze piekła«. Ze swego ukrycia,

Gdzie nigdy złote nie zajrzało słońce,

Jakowyś demon pędził do rozbicia

Łódź jego duszy poprzez fale wrzące

Namiętnych szałów i dążeń, niezwykłych

Dla jestestw słabych i, jak atom, nikłych.

II.

Podniosłe cele, co, jak gwiazdy, płoną

Na horyzoncie ludzkich usiłowań

I nieśmiertelnej zasługi koroną

Skronie tych wieńczą, którzy, mimo knowań

Szatańskich, czyste zachowali łono,

Zdolne do rajskich złud i rozkoszowań,

W dziwne w nim duch ów łączył amalgama

Z tem, co jest nizkie i brudne, jak plama.

III.

Pycha i ludzi pogarda i żądze

Zakosztowania trującego płynu,

Gnuśność, co złote zamyka wrzeciądze

Owej świątyni, w której ołtarz czynu

Pnie się gotycki, oto, jak pieniądze

Zdrajcy Judasza, będącego z gminu

Sług Mamonowych, chciały na Golgotę

Oddać w nim człeka zbawiającą cnotę.

IV.

Chciały na zawsze — tak! bez zmartwychwstania

Jasnej nadziei przybić w nim do krzyża

Ową pokorę, łagodną, jak łania,

A która przecież śmiertelnika zbliża

Ku sferom bóstwa i giąć się zabrania

Przed pysznym światem; pańskiego żołnierza

Zapał, co nigdy w drodze się nie trudzi,

Chciały w nim zabić wraz z miłością ludzi.

V.

Nie było chwili, by się w jego duszy,

Od lat najmłodszych wychowanej w znoju,

Te dwie potęgi, jak w pustynnej głuszy

Dwie tygrysice, nie rwały do boju,

Co najsilniejsze wnętrza w niwecz kruszy

Ostrzem wysiłku, obuchem rozstroju —

Nie było chwili, aby w tej rozterce

Spoczęło walką potargane serce.

VI.

Daremnie pragnął ukojeń; zmęczony

W tej twardej drodze, jak Orestes, biczem

Krwawych Erynyj smagany, obrony

Szukał w źródlisku wiedzy tajemniczem,

Popod gwiaździste chodził nieboskłony,

Na ziemię padał z spłakanem obliczem

I pod razami tych siekących batów

Usta przyciskał do traw i do kwiatów.

VII.

Lecz blaski słońca i gwiazdy i zorze,

Świty poranne i tęczowe wstęgi

I ziół zapachy i rosy, co w morze

Srebrne się łączą, i uczone księgi

Nie potrafiły na spokoju łoże

Rzucić szalonej demonów potęgi,

Ormuzdowego nie miały zaklęcia,

By w pył rozproszyć wrogie przedsięwzięcia.

VIII.

Daną mu była przez łaskawe bogi

Zdolność, nad wszystkie ponętniejsza skarby,

Że mógł żywota nagie, ostre głogi

Przemieniać w róże Poezyi i farby

Zlewać cudnemi pył ten, co się nogi

Naszej uczepia; umiał wtłaczać w karby

Kunsztownych zwrotek, pełnych wzniosłej treści,

Nadmiar szarpiącej mu duszę boleści.

IX.

Więc też i teraz, gdy mu wnętrze toczy

Walka pierwiastków, złożonych w naturze

Wszystkiego człeka, jął błagalne oczy,

Jak zwierz, prowadzon na rzeźniczym sznurze,

Zwracać w tę stronę, gdzie pośród przezroczy

Stref wymarzonych, w królewskiej purpurze,

Jako latarnia wśród morskiej przystani,

Świeci ta wielka, ta królewska Pani.

X.

Ale, o! zgrozo! w źrenicach Królowej

Przygasł ten promień, co ongi wykrzesza —

Bywało — żar mu ze serca; lodowy

Smętek, jakiego nie zaznała rzesza

Chodzących dołem, zwarł jej usta; z głowy,

Zamiast warkoczy, tłum się wężów zwiesza,

Złączon na szyi w skamieniałe guzy,

Jak u mitycznej, straszliwej Meduzy.

XI.

Błagał, zaklinał, wił się, jak gadzina,

U stóp jej martwej postaci — daremnie!

W piersi z marmuru życie się nie wszczyna,

Zbielałe oko nie zmienia się w ciemnie

Źródeł głębokich... Nadzieja jedyna,

W bolącej duszy żywiona tajemnie,

Że w niej, w Poezyi, zbawcze znajdzie leki,

Razem z jej okiem zgasła snać na wieki...

XII.

Nie! Być nie może! Jeszcze raz się rzuci,

Jako Pigmalion na jej kształty z głazu,

Ognia się jeszcze w tem łonie docuci!

Wszak niepodobna, aby tak, od razu,

Miało żywotnej pozbawić się chuci,

Skutkiem Szatanów skrytego rozkazu,

To, co młodzieńczą duszę wczoraj jeszcze

W silne wprawiało i rozkoszne dreszcze.

XIII.

I, jak Pigmalion, ale z rozpustnika

Pożądliwością, zrodzoną z rozpaczy,

W objęcia swoje zimny głaz zamyka,

Drogę do piersi spiekłą śliną znaczy,

Pomiędzy wargi przeciska języka

Koniec spalony; wzorem owych graczy,

Partnerów kartą bijących fałszywą,

Coraz się bardziej pali nad — nieżywą.

XIV.

Patrzcie! zwyciężył! zwyciężył! zwyciężył!...

Jak elektryczną poruszony siłą,

Kształt się umarłej do góry wyprężył

I wzniósł źrenicę, niezwykle opiłą

Blaskiem — fosforu: stopniał lód, co zwężył

Usta, rozkwitłe pełnią róż, przemiłą

Woń wydających, i z pod zębów cieśni

Znów, jak z pod skały, trysnął strumień pieśni.

XV.

Lecz to nie były te cudowne zwrotki,

Duchem łagodnej harmonii przejęte,

Co goi rany; to nie zdrój był słodki,

Jasny i świeży, co zioła pomięte

Podnosi znowu ku niebu i wiotki

Krzak zmienia w dębu konary niezgięte

I ziarna z twardej wydobywa ziemi,

By się pokryła kłosy złocistemi.

XVI.

Nie! antytezą była pieśń ta nowa

Wszelakiej pełni i wszelkiego życia:

Zawiędła w rdzeni, zwątpieniem niezdrowa,

Tłumi nadzieję już u jej spowicia,

Wiarę tam spycha, gdzie przepaść grobowa,

A znak miłości, który od rozbicia

Ochrania wszechświat, w nienawiść przemienia,

Świeżych wciąż ofiar żądną i zniszczenia.

XVII.

Złudą i czczością zowie te uczucia

I te z uczucia zrodzone rozumy,

Które z sobkowskiej martwoty, z zepsucia

Gniazd pokalanych wyrywają tłumy,

By, mimo głazów, mimo cierniów kłucia,

Pędziły przed się, wsłuchane w poszumy

Prawdy, ukrytej w wszechświata atomach,

Stawiać gmach cnoty na występku złomach.

XVIII.

I w tych zbrodniczych rozpoznawszy zgrzytach

Echo swej duszy, przeklnie dawne bóstwo,

Że wieść go jęło nie po gwiezdnych szczytach,

Lecz po przepaściach, gdzie się gadów mnóstwo

Czołga obleśnych, co nigdy w błękitach

Głów nie skąpały, co swoje ubóstwo

I swą pełzliwość kryją przed obliczem

Niebios, słonecznym oświeconych zniczem.

XIX.

I znowu zmilknie, znów w bryłę kamienną

Zmieni się jego Królowa na skutek

Klnącej Rozpaczy... Samotny, w bezdenną

Zatopion boleść, pójdzie, jak wyrzutek,

Zdala od swoich milczeć, ducha w senną

Sieć upowijać; tylko czasem smutek,

Co wśród apatyi nagle się odzywa,

Na ludzką nędzę jęk mu wydobywa.

XX.

Na ludzką nędzę, nie tę, co łachmanem

Okrywa plecy od zimna czerwone,

Nie tę, co wrzeszczy: circenses et panem!

I pożądliwem patrzy okiem w stronę,

Gdzie przy biesiedzie tulą w sen, nad ranem,

Syci Lukulle głowy, uwieńczone

W pomięte róże, i nie tę, co z głodu

W krwi dla stóp nagich poszukuje brodu.

XXI.

Na ludzką nędzę, tę, co, w ziół rozkwicie

Wielbiąc barw tęczę, nie umie robaka

Dojrzeć, jak korzeń podgryza im skrycie

I szkarłat — króla zmienia w szmat — żebraka;

Na ludzką nędzę, tę, co w gładkiej płycie

Jasnych metali, lśniących niby jaka

Powierzchnia wody, rdzy nie widzi zębów,

Ani też próchna wśród komórek dębów.

XXII.

Na ludzką nędzę, tę, której się zdaje,

Że człowiekowi, gdy ulata myślą

Tam, ku niebiosom, w te ogniste kraje,

Gdzie gwiazd miliony swe orbity kreślą,

Gdzie słońce gaśnie i gdzie słońce wstaje,

Jakoweś siły spraw poznanie przyślą

I że się z jego połączy żywotem

Szczęście, w poznaniu lśniące prawdy złotem.

XXIII.

Czasem zaszydzi z tych, co chcą napoju

Zaczerpnąć z myśli krynicy głębokiej,

I tych, co, zawsze gotowi do boju,

Jako rycerze, zwracają swe kroki

Tam, gdzie czyn spłasza anioły spokoju;

I tych wyszydza, co, wiedząc, że zwłoki

Nie cierpią lata, jak motyle, skrzętnie

Z życia spijają miód w pospiesznem tętnie.

XXIV.

A potem mocą strasznej konsekwencyi

Do tego dojdzie myśli rezultatu,

Który ma w sobie trującej esencyi

Ilość dostatnią, by ludzkiemu światu

Stawić ideał gnuśnej impotencyi,

I że brat świadczy dobrodziejstwo bratu

Gdy niepewnemu ostrą poda brzytwę,

Potem sam życia zakończy gonitwę.

XXV.

Bo człek jest na to, by — umarł; że prosta

Rzecz to i zgoła dociekań nie warta:

Jakkolwiek ludzie, gdy ich życie chłosta,

Drżą, zamiast lekko puścić je do czarta!

Jakkolwiek Manfred, Faust, Juan, Akosta

I najzwyklejszy śmiertelnik (uparta

Taka w nas dusza) dziwnym chcą sposobem

Mieć z życia rozkosz, co nie trąci — grobem.

XXVI.

I sam też nieraz w samotnych godzinach,

W których izdebkę zamieniał na celę,

Kiedy tak dumał o nędzy przyczynach,

Wyganiającej ze świata wesele,

Blizkim był winy, która w ludzkich winach

Stoi na przedzie: w swej duszy popiele

Czując, że świętych skier już nie rozżegnie,

Chciał pójść śladami, którymi Śmierć biegnie.

XXVII.

Ale we wnętrzu jestestw, z losów woli

Zrodzonych na to, ażeby do końca

Na scenie świata w oznaczonej roli

Wytrwać, ukryty mieści się obrońca

Prawa natury, władzca ludzkiej doli:

Elementarny pęd życia, jak słońca

Blask, który na to rodzi się co rano,

By zioła rosły, lub by je — deptano!

XXVIII.

Wtedy to poszedł między przyjacioły,

Między lekarze i między znachory:

Spojrzeniem, ruchem na los nie wesoły

Chciał z nich wydobyć lekarstwo, na zmory

Ucisk gwałtowny, co, jako jemioły

Kwiat pasożytny, wciskała się w pory

Jego jestestwa, ssąc najlepsze soki

I powstrzymując wszystkie żywsze kroki.

XXIX.

Jak owo dziecko-niemowlę, co matce

Boleść lub przestrach wyraża z pomocą

Nieokreślonych krzyków, lub jak w klatce

Człowiek, któremu szał posępną nocą

Duszę ogarnął, lub jak zwierz, w zasadce

Czujący naraz, że mu się szamocą

Stopy, tak on się wobec nich zachowa,

Lecz wyraźnego nie wyrzeknie słowa.

XXX.

Czasami maskę przybiera bajazza,

Śmieje się, ciało w dziwne łamie skręty,

Jakby mu żadna nie tknęła zaraza

Duszy nieszczęsnej, jakby bój w nim wszczęty

Oddał zwycięstwo w ręce Oromaza,

Symbolu światła, lub jakby go w pięty

Kastratów podłe łaskotało plemię

Wśród lepkich hurys, w rozkosznym haremie.

XXXI.

Lecz przyjaciele oko mieli baczne,

Pozór spostrzegli w tem co on podawał

Za jasną prawdę; widzieli opaczne

Linie, przy których prostości obstawał,

I na godziny, wesołością znaczne,

Rzekli: to wielki post, a nie karnawał.

A jeśli gody, to szaleńca gody,

Co ma kałuże za kryniczne wody.

XXXII.

I nad tym bytem, co się w walce łamie,

Jako z liściwia odarta łodyga

Pod biczem wiatru; nad bytem, co znamię

Widocznych cierpień na swych barkach dźwiga,

A każdym ruchem, każdym rysem kłamie,

Zdjęta litością wiernych druhów liga,

Z słów mu życzliwych taką radę splecie:

»Niech się zakocha! Zbawienie w kobiecie...«

XXXIII.

Jakto, gdy urok wiedzy niezbadany,

Który Hypatyom wlewał zdroje męstwa,

Że te krwawiące z rąk wsteczników rany

Nie mogły odnieść nad nimi zwycięstwa,

A Galileom, zakutym w kajdany,

Wyrywał tryumf, a nie krzyk przekleństwa —

Gdy dziś ten urok stał mu się przedmiotem

Szyderstw, kobieta ma-ż być prawdy złotem?

XXXIV.

Jakto? Przyroda, ta wspaniała, wielka,

Codziennie nowe tworząca obrazy,

Ona, co sprawia, że jedna kropelka

Cały świat kryje, ta matka ekstazy

Niewysłowionej, piewców rodzicielka,

Atomy pyłków zmieniająca w głazy,

Mniejszą-ż by miała siłę w swym ogromie,

Niż jest w kobiecie, w tym jednym — atomie?

XXXV.

Jakto? więc dobro, ten pierwiastek boży,

Wlany nam w duszę przez Stwórcę wszechrzeczy,

Przez władcę tego, co pod blaskiem zorzy,

Co pod osłoną promienistej pieczy

Słońca się rodzi, nowe byty tworzy,

Że się z podziwu wikła rozum człeczy,

Samo ze siebie złego nie zwycięża,

A ma zwyciężyć — służebnica węża?!

XXXVI.

Jakto? nad wszystko, co duch czysty spłodził

I co się stało dążeniem szermierzy,

Hasłem pokoleń, które szatan wodził

Po ciemnych jarach, a które na świeży

Pragną wyjść przestwór, gdzie się dzień narodził,

Gdzie nagość szczęścia w całej pełni leży,

Ma-ż być silniejszym ów symbol słabości,

Kobieta, wytwór Adamowej kości?!

XXXVII.

Ona co z raju wygnała człowieka,

Pierworodnego grzechu praprzyczyna,

To Martwe Morze, przed którem ucieka

Ptak, by nie przyszła nań śmierci godzina,

Ona, gdy dusza w rozpacz się obleka,

Gdy ją do ziemi bez litości zgina

Ten zła i dobra straszny pojedynek,

Ma-ż jej zgotować raj i wypoczynek?!

XXXVIII.

Grzechem jej miłość i zgubą, spodleniem

Ludzkiej natury, powiązaniem skrzydeł,

Gdy chcą nas unieść ponad ziemskim cieniem;

Klatką i kojcem, okiem nowych sideł,

Które zastawia Belzebub, ze drżeniem

Patrzący na to, jeżeli z wędzideł

Piekła duch ludzki wydostać się pragnie,

By nie utonąć w beznadziejnem bagnie...

XXXIX.

Śmiał się; lecz rada przyjaciół żywiołu

Rozpętanego tajną miała siłę...

Jak człek, co, pośród jeziornego dołu

Niechybną widząc dla siebie mogiłę,

Zielska się czepia, aby z niem pospołu

Zginąć, tak on też od bolu opiłe

Serce w miłościach z niemym topił śmiechem,

Które — Rozpaczą były, albo — Grzechem...

XL.

I popadł cały w zdrętwienie; duch jego

Stał się granicznym słupem między zbrodnią,

A między cnotą, między drogą złego,

A drogą dobra, lecz stracił przewodnią

Świadomość dawną, co dobre, a czego

Tykać nie wolno, bo jest złe... Był kłodnią,

Pniem wpół przeciętym, dłońmi zabójczemi,

Wraz z korzeniami, wyrwanym ze ziemi.

XLI.

Poprzestał walczyć, aby zwycięstw szalę

Na stronę dobra przechylić... Źrenicą

Szklaną i zimną nie widział już wcale,

Gdzie zmrok się kłębi, a gdzie blaski świécą;

Płynął bez wiosła, rzucony na fale,

Jak kawał drzewa!... Podobien dziedzicom

Chorób, zrodzonych z rozpusty ojcowskiej,

Przestał już głoskę odróżniać od głoski.

XLII.

A oto naraz — użyczcie psałterzy,

Wszystkie muzyczne dajcie instrumenta,

Harfę i cymbał, niechaj w nie uderzy,

Miriam boska, tryumfem przejęta,

Gdy wróg pognębion u jej stopy leży;

Niech z ust Dawida pieśń popłynie święta,

Bo oto naraz — o przedziwne dziwy! —

Odżył na nowo ten, co był nieżywy...

XLIII.

Bo oto naraz, jakby od zachodu —

Od brzegów morskich, w sierpniową spiekotę

Spłynęły z wiatrem nikłe pyłki lodu

I, niewidzialne dla oczu, ochotę

Wlały widoczną w żyły tych, co z głodu

I ze zmęczenia upadli, robotę

Pozostawiwszy w pół niedokończoną,

Świeży prąd życia przebiegł jego łono...

XLIV.

Wśród jego pojęć, powikłanych, sprzecznych,

Tęczowa naraz zabłysła harmonia,

Spójnia, złożona z promieni przedwiecznych,

Którym jest obcą posępna agonia,

Spójnia, co węzłem sojuszów bezpiecznych

Łączy nas z bóstwem, nieśmiertelne błonia

Otwierająca dla tłumów śmiertelnych,

Słabych w szermierzy zmieniająca dzielnych.

XLV.

Pierwiastek dobra wzrósł w nim do rozmiarów,

Wypełniających całe jego wnętrze,

I swym ogromem i potęgą czarów

Przygniótł, oślepił, coraz to gorętsze

Sypiąc skry w koło, siłę zła, że w parów,

Z którego duszy zapędy najświętsze

Trudno już wiązać, stoczyła się, zgoła

Jak szatan, strącon oszczepem anioła.

XLVI.

Czystym się uczuł, bo obmyty chrzestem

Nadziei, wiary i wielkiej miłości;

Z dumą zawołał: Oto znowu jestem!

Oto duch boży znowu we mnie gości

I znów mnie wiedzie skrzydeł swych szelestem

W środek gotyckiej świątyni ludzkości,

Bym na ołtarzu jej pragnień, jej bojów,

Składał ofiarę z własnych trosk i znojów.

XLVII.

Apokalipsy świat przed jego okiem

Wnet się roztoczył, jasny, pełen cudów,

O jakich przedtem nie marzył, natłokiem

Szałów zgnębiony: łańcuch, skuty z trudów,

Zmienił się w wieniec i kołem szerokiem

Otoczył wszystkich; wśród najsłabszych ludów

Płynęła siły zbawiającej rzeka,

Co do potężnych czynów pcha człowieka.

XLVIII.

Z pieśnią na ustach — bo i ta, w młodzieńczej

Krasie, grobowej uszła z nim zatracie,

Wonna, jak kwiat ten, który lipy wieńczy,

Słodka, jak miód ten, co mieszka w tym kwiacie

Silna, jak napój, gdy ten miód rozcieńczy

Grzybek fermentu, — poszedł, w majestacie

Potężnej woli, głosić bez wytchnienia

Naukę czynu, hasło odrodzenia.

XLIX.

Szedł z apostoła bożego pokorą,

Lecz i z odwagą Pańskiego wysłańca,

Żadną nie wstrzyman przeciwieństw zaporą,

Jak Dant, w sam środek piekielnego tańca,

Szedł krzepić ciało, wzmacniać duszę chorą,

Rozpraszać zmroki blaskami kagańca,

Szedł pośród cierni, lodów, wrogiej zgrai,

A z nim szła razem wierna Ellenai.

L.

Tak! Ellenai!... Argument rozumu

Żaden nie starczy, by przyczyny zbadać,

Dlaczego człowiek, który pośród tłumu

Stworzeń, królewskiem umie berłem władać,

Nieraz zależny jest od tego szumu

Wiatru, co powiał, Bóg wie skąd, że lada-ć,

Pyłek na drodze, lotny i bez treści,

Cały los jego w swojem łonie mieści.

LI.

Na śmierć był skazan... Szafot już gotowy

Piął się ku niebu, ze skazańca sznurem

Kroczył ku niemu, nie podnosząc głowy,

Albowiem stał się apatyi marmurem...

A oto jemu, co rzucał wężowy

Jad na kobietę w zuchwalstwie ponurem,

Szaman — przypadek w ostatniej godzinie

Świętą w kobiecie przywiódł wybawczynię.

LII.

A była żywą inkarnacyą Ciszy,

Co w jeden środek skupia władze ducha;

Uosobieniem Miłości, co słyszy

Jęk najtajniejszy w wnętrzach ludzi; głucha

Na rozszalały prąd świata, haszyszy

Jego nie żądna; cnej Pokory druha,

Wylaniem serca była, Poświęceniem

I dni, co idą, jasnem Zrozumieniem.

LIII.

Nie wiedząc wcale, w którą stronę zdąża

Niby automat, nakręcony ręką

Losu, co ludzkie jestestwa okrąża,

Stając się dla nich radością lub męką,

Co im zdejmuje juki lub obciąża

Większym ciężarem, biegła nie z piosenką

K’niemu, lecz z smutkiem, nie po ziół kobiercu,

Lecz po krzemieniach, z tragedyą w sercu.

LIV.

Duch jej, jak jego, spragniony oparcia,

Sfer szukający swym sferom pokrewnych,

Był jak w przestworach luźny dźwięk, zamarcia

Blizki i wtedy dopiero wśród śpiewnych

Rozbrzmiewający melodyj, gdy z starcia

Bytów niebieskich, blaskami ulewnych —

Z źródła wspólnego — drugi dźwięk zrodzony

Z nim się połączył wśród gwiaździstej strony.

LV.

O Ellenai! Ellenai! ten drugi

Byt, co przez ciebie uniknął szafotu

I znowu wzniósł się na świetlane smugi,

By tam słonego nie oszczędzał potu

Dla wielkiej myśli, aby tam, gdzie pługi

Skrzętnych oraczy, mimo klątw, chichotu,

Prą w twardej glebie, nie był z nich ostatni,

Tak cię, jak pająk, nie puścił z swej matni.

LVI.

O Ellenai! uczuł on, że w wielkiej

Duchów wędrówce, ongi, przed wiekami,

Nim pył w chaosie ziemią, a kropelki

Nikłe morskiemi stały się falami,

Duch dobra, dan mu z woli Rodzicielki,

Z rąk Praharmonii, władnącej bytami,

Lwią część swą zgubił, aby żyć, jak w grobie,

Pokąd jej dzisiaj nie odnalazł — w tobie!...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← AmaviAnadyomene →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Amor vincens
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-amor-vincens--jan-kasprowicz-b19e4f
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Amor vincens», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-amor-vincens--jan-kasprowicz-b19e4f.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.